trwa inicjalizacja, prosze czekac...kolczyki naszyjniki
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

Ariel Ramirez Tango Quartet- „Aires”

To, co przekazujemy kolejnym pokoleniom w genach, wciąż jest dla mnie nierozwiązaną zagadką. Faktem jednak jest, że potomkowie wybitnych ludzi niemal zawsze otrzymują „w spadku” chociażby ślad bezcennego geniuszu przodków. Argentyński bandoneonista Ariel Ramirez to chodzący tego dowód. Wnuk wielkiego kompozytora i pianisty, również Ariela Ramireza, rozpoczął swoją muzyczną przygodę w wieku trzynastu lat, a na pierwsze sukcesy nie przyszło mu czekać długo. Liczne nagrody i wyróżnienia na festiwalach były wyrazami uznania dla kunsztu młodego wirtuoza.

Po wielu latach spędzonych z instrumentem i setkach koncertów u boku innych artystów Argentyńczyk przybył do Europy, by tu powołać do życia Tango Quartet. Muzycy tworzący ten niesztampowy kolektyw wnieśli ze sobą zupełnie nowe spojrzenie na tradycyjne argentyńskie rytmy i wraz z Arielem stworzyli oryginalne połączenie muzycznych kultur.Wart odnotowania jest nietypowy skład instrumentalny kwartetu. Bandoneoniście towarzyszy cudownie liryczny pianista Darek Samerdak oraz gitarzystka Dominika Białostocka, a przysłowiową wisienką na torcie okazuje się wokalista João de Souza. To wyjątkowa postać na tym albumie, a rola, jaką tu spełnia, także jest nietypowa. João to rodowity Portugalczyk, który do perfekcji opanował sztukę uwodzenia głosem. Na płycie pojawia się od czasu do czasu – dokładnie wtedy, gdy ma ochotę skomentować dźwięki grane przez swoich kompanów. Wówczas możemy liczyć na to, że uraczy nas kilkoma najwyższej próby frazami, które bezlitośnie ściskają serce i zmuszają oczy do ronienia łez wzruszenia.

Utwory zebrane na albumie Aires to kompendium wiedzy o gatunku muzyki pochodzącej z Ameryki Południowej. Nie mogło więc zabraknąć wielkiego Astora Piazzolli w obłędnym temacie Libertango czy też pełnego erotyzmu muzycznego motywu pochodzącego z kompozycji La Cumparisita Gerardo Rodrigueza. Jeżeli po tych niewątpliwych atrakcjach ktoś wciąż pozostawałby nieusatysfakcjonowany, na końcu albumu czeka na niego prawdziwa perełka. Już po pierwszych taktach kompozycji A Mi Manera odkryjemy dziwnie znajome dźwięki. Ta hiszpańskojęzyczna wersja wielkiego przeboju Franka Sinatry My Way to dowód na istnienie piękna absolutnego eksplozja emocji w głosie Joao zaś wywołuje u mnie przeżycia bliskie miłosnemu uniesieniu.

Album Aires formacji Ariel Ramirez Tango Quartet do dzieło unikatowe. Mam wrażenie, że artyści podczas obcowania z tą muzyką zupełnie się w niej zatracili, zakochali bez opamiętania, a w zamieszczone na albumie interpretacje oddali całych siebie. To płyta, która pełna jest emocji charakterystycznych dla muzyki Fado. Nie jest to typowy smutek czy żal, ale czasem gdy cudowna bandeonowa fraza lub fortepianowy pasaż trąci wrażliwą strunę naszej duszy, nie sposób opanować łez.

Ocena:8/10

Bartosz Porczyk „Sprawca”

Wrocławska oficyna wydawnicza Luna Music ma niezwykły talent do wyszukiwania bardzo „niemodnych” artystów. Jednym z jej najnowszych odkryć jest Bartosz Porczyk - aktor teatralny i filmowy, który właśnie debiutuje, wręczając nam – słuchaczom - płytę  Sprawca. Ten podarunek okazuje się być wyjątkowy już na wstępie. Niesamowite fotografie przedstawiające Porczyka w przeróżnych, często szokujących, pozach rozbudzają apetyt drzemiącego we mnie łowcy „artystów szaleńców”.

Album rozpoczyna utwór tytułowy utrzymany w onirycznym nastroju, gdzie na tle rozedrganego rytmu artysta melorecytuje „wyznania sprawcy”. Dość szybko przekonuję się, że mocną stroną tego wydawnictwa będą świetne i przemyślane interpretacje jej lirycznych fragmentów. W przekonaniu tym utwierdzam się, słuchając kompozycji W(i)ara od gara czy Persona - obu zaśpiewanych bardzo dosadnie, a czasem wręcz agresywnie. Moją uwagę zwracają nie tylko interpretacje, ale również same teksty autorstwa duetu Porczyk-Babicka. To one niejednokrotnie stają się najistotniejszym z elementów tej doskonałej muzyczno-literackiej układanki. Autorzy tekstów przygotowali dla słuchaczy jedenaście słodko-gorzkich opowieści o rzeczywistości, które mimo iż czasem rozśmieszą, to częściej jednak zmuszą do zastanowienia lub ukłują gdzieś głęboko w serce, odzierając świat z kolorowych barw.

Porczyk to także czujny obserwator, który ostro i dosadnie wykpiwa współcześnie panujące mody i trendy. W kompozycji Promocja śpiewa:
„przy kolejkach już na taśmach wymarzony produkt świeci/
nie notują wcale durnie, że zgubili swoje dzieci...”.,

a w utworze Botox uderza jeszcze mocniej słowami:
„ciało naucz syndromu/
błagań o wtrysk silikonu...”.

Album zdecydowanie broni się także od strony muzycznej, dostarczając wielu oryginalnych rozwiązań. Świetne, dynamiczne i nasycone elektronicznymi brzmieniami aranżacje kompozycji Nieuchronna okupacja i Rzezipospolita dają mnóstwo energii, a przy tym w zgodzie sąsiadują z bardziej stonowanymi opracowaniami utworów Rozczulanka czy Dopalacze. Dwa ostatnie tytuły są moimi faworytami na tym albumie. Zaskakujące teksty w doskonałej interpretacji, otoczone przeszywającymi całe ciało dźwiękami sprawiają, że przeżywam muzyczne katharsis.

Płyta Sprawca nie jest propozycją oczywistą i łatwo przyswajalną. Rozwikłanie zagadek, które przygotował dla nas artysta, wymaga sporo czasu i poświęcenia, jednak daje wiele dobrych emocji i budujących przemyśleń. Bartosz Porczyk oferując nam swój debiutancki album, ryzykuje bardzo wiele. „Sprawca” to zupełne zaprzeczenie płyty, która szybko zniknie ze sklepowych półek. Każdy, kto po nią sięgnie i da się porwać tajemniczemu „sprawcy”, odbędzie podróż przez wiele barwnych krain, doświadczając przy tym niesamowitych przeżyć.  

Ocena: 8/10

Various Artists- "Barcelona"

Składanka „Barcelona” daję świetną okazję do zasmakowania uroków sjesty w towarzystwie rozkosznych dźwięków prosto z Katalonii. O wyborny relaks zadbają artyści, którzy w swojej muzyce uchwycili magię tej śródziemnomorskiej metropolii. Wybór twórców kompilacji okazał się bardzo ciekawy. Oprócz oczywistych reprezentantów katalońskiej sceny tj. Ojos de Brujo czy Giulia y Los Tellarini, odnalazłem tu interesujących pieśniarzy i pieśniarki, w których muzycznych objęciach chcę pozostawać bez końca.

Od pierwszego spotkania urzekły mnie kołyszące rytmy kompozycji „Buena Gente” oraz „Madrid, Barcelona, Pekin” w wykonaniu wokalistki Salvarez. Świetnie czuję się także w towarzystwie innej z pań, ukrywającej się pod pseudonimem Almasala. Uwodzi mnie swoim lekko zachrypniętym głosem i melizmatycznym sposobem śpiewania, co szczególnie słychać w funkowo transowym utworze „Suhia”. Czujne ucho słuchacza bez kłopotu odkryje, że znalazła się tu także kompozycja „Barcelona” formacji Giulia y Los Tellarini, promująca doskonały film Woody’ego Allena „Vicky, Cristina, Barcelona”. Mnóstwo zjawiskowej urody dźwięków serwują nam również artyści z formacji Costo Rico oraz Jaleo Real w dynamicznych, ognistych piosenkach typu „Libertad” czy „Corazon II”.

Jednak to grupa Ojos de Brujo, ikona współczesnej sceny flamenco nuevo, wypada w tym zestawieniu najlepiej. Obłędnie wykrzykiwane przez charyzmatyczną wokalistkę słowa brzmią jak tajemnicze zaklęcia, a odczucia te dodatkowo potęguje drapieżność języka hiszpańskiego. Szaleńcze partie gitar flamenco oraz dziki puls sekcji rytmicznej dodają kompozycji „Todo Tiende” jeszcze większego animuszu.

Za jeden z większych atutów tej muzycznej propozycji należy uznać fakt, że prezentuje ona ogromną różnorodność, cechującą obecnie katalońską scenę muzyczną. Już pierwsze jej przesłuchanie uświadamia nam, że równie dobrze funkcjonują na niej artyści czerpiący z tradycyjnej muzyki Półwyspu Iberyjskiego, jak i ci, którzy tworzą stylistyczne kolaże, odważnie mieszając brzmienia elektroniczne z pulsem flamenco czy też rumbą.

Nie znam osoby, której nie zakręciła się łza w oku, gdy opuszczała Barcelonę, nawet po krótkiej w niej wizycie . Gdy sam przed kilkoma laty żegnałem się z tym cudownym miastem, oszołomiony jego blaskiem, rozpaczliwie szukałem czegoś, co pozwoliłoby mi zabrać ze sobą chociaż cząstkę tej niebywałej atmosfery. Po wysłuchaniu recenzowanej kompilacji wiem już, że odnalazłem to, czego wówczas tak bardzo mi brakowało.

To miły podarunek dla wszystkich zakochanych w katalońskim słońcu, którym doskwierają przywary polskiego przedwiośnia i wciąż tęsknią za błogostanem sjesty. Jednocześnie jest to doskonała mapa, która pozwoli odkrywać dla wielu nieprzetarte dotąd muzyczne szlaki.

Ocena: 8/10

Kurt Elling- „The Gate”

Rozważania nad wyłonieniem instrumentu najbliższego ideału nie mają najmniejszego sensu w obliczu dokonań Kurta Ellinga. Wokalista po raz kolejny udowadnia, że nawet najbardziej precyzyjna ludzka konstrukcja nie może równać się z ideałem, jakim jest ludzki głos. Artysta niejednokrotnie już toczył wokalno-instrumentalne pojedynki, czy to wykonując zawiłe gitarowe tematy Pata Metheny’ego („Minuano”), czy też śpiewając szaleńcze solówki saksofonu Johna Coltrane’a (płyta „Dedicated to you”). Za każdym razem efekt był wręcz oszałamiający i wprawiający w zadumę nad skalą możliwości ludzkich strun głosowych. 


Najnowszy album Ellinga „The Gate” to jedno z najbardziej oczekiwanych przeze mnie wydawnictw, po którym obiecywałem sobie naprawdę wiele. Jak się okazało, wszystkie życzenia zostały spełnione bardzo szybko, a to, co wydarzyło się dalej, zmieniło moje wyobrażenie o granicy ludzkich zdolności. Artysta wita się ze słuchaczami kompozycją „Matte Kudusai” z repertuaru zespołu legendy: King Crimson. Intymne wykonanie oraz leniwie wtórujący wokaliście zespół cudownie odpręża, a ostinatowy motyw kontrabasu wprowadza w hipnotyczny stan. Całość aranżacji dopełniają długo wybrzmiewające gitarowe flażolety oraz fortepianowe pasaże w wysokim rejestrze. Gdy po chwili po raz pierwszy słychać głównego bohatera, wiem już, że jego głos brzmi jeszcze pełniej i doskonalej niż na poprzednich albumach. Subtelnie prowadzona fraza oraz dyskretne dwugłosy wyznaczają nowe granice piękna, a lekkość, z jaką Elling wydobywa z siebie te wszystkie dźwięki, każe się zastanowić, czy to w ogóle jest możliwe. 

Kolejna z kompozycji to miły drobiazg z repertuaru Joego Jacksona. Mimo iż oryginalne wykonanie bliższe jest muzyce pop, to tutaj utwór ten bardzo wdzięcznie prezentuje się w nowych, swingowych szatach. Krocząca linia basu oraz lekka gra sekcji instrumentów perkusyjnych (Watkins-Castro) tworzą świetny fundament dla oszałamiających solowych popisów pianisty Laurence'a Hobgooda, który pierwotną progresję akordów traktuje jako punkt wyjścia do finezyjnych improwizacji.


Następny ślad geniuszu Ellinga odnajduję w utworze Herbiego Hancocka „Come running to me”. Po kunsztownej fortepianowej introdukcji zagranej ad libitum pojawia się niespieszny puls, na tle którego artysta serwuje nam wokalny spektakl godny wszelkich pochwał. Jego zwielokrotniony głos tworzy wysublimowaną harmonię, każdą frazę zaś kończy absolutnie perfekcyjne vibratto. Dzieje się tu naprawdę wiele - po raz kolejny zaskakuje pianista, który interpretuje harmonię kompozycji na własny sposób, przemycając w każdym takcie intrygujące akordy.


Do grona klasyków gatunku Elling zaprosił także Beatlesów. „Norwegian Wood” to popis całego zespołu. Świetna akustyczna sekcja rytmiczna (Gulley-Patittuci) po mistrzowsku operuje dynamiką i doskonale wyczuwa momenty, w których bezlitośnie uderza z całą swoją siłą. Wyrazy uznania kieruję także w stronę Johna McLeana za rewelacyjne solo wyraźnie nawiązujące do dokonań takich mistrzów jak John Scofield czy Bill Frisell. Jednak ostatecznie sięgamy muzycznego absolutu znowu dzięki Ellingowi. Kilka z zaśpiewanych przez niego fraz powoduje, że zacierają się granice między rzeczywistością a stanem hipnozy, w której pozostaję za każdym razem, gdy słucham tej płyty.


Druga część albumu przynosi równie wspaniałe przeżycia. W davisowskim „Blue in Green” Elling olśniewa swoją czterooktawową skalą głosu, a w „Samuray Cowboy” - promującej album zabawnej muzycznej miniaturze na głos i saksofon - z dziecinną radością bawi się dźwiękiem, tworząc jakby od niechcenie wyrafinowaną wokalną harmonię. Jednak to wciąż cisza przed burzą. Gdy tylko rozbrzmiewają pierwsze takty wonderowskiej „złotej damy”, jasnym staje się to, że artysta tym razem nie ma zamiaru oszczędzić nikogo. Z chwili na chwilę atmosfera staję się gęściejsza, a każdy z muzyków chce być na pierwszym planie. Szaleńcze „przebitki” perkusisty Terrona Gulleya, wzajemne przekrzykiwanie się wokalisty z saksofonem jest niczym sen szaleńca, który ja chciałbym śnić bez końca.


Kurt Elling jest wielkiej klasy wokalistą, a otoczony takiego pokroju muzykami jest uprawniony do tworzenia dzieł doskonałych, ponadczasowych interpretacji i ustalania nowej jakości w muzyce wokalnej XXI wieku.


Ocena:10/10 

Krafcy- "Ef"

Polski rynek muzyczny wciąż nie potrafi zbudzić się z koszmarnego snu, oferując nam raz za razem mętne kopie zagranicznych idoli. Jedynym światełkiem w tunelu nadal pozostają takie sprawdzone firmy jak: Mikromusic, Sofa czy Poluzjanci. Recenzowany tu zespół Krafcy to kolejny pretendent do tego zaszczytnego grona, którego statut wyraźnie zakazuje schlebiania komercyjnym gustom kosztem jakości muzyki. W tym kręgu przede wszystkim liczy się dobra melodia, nieszablonowy aranż oraz solidne wykonanie, a tych elementów na debiutanckim krążku „Ef” nietrudno się doszukać.

Kompozycje zawarte na tym albumie są niesłychanie równe. Trudno więc wskazać utwory, które odstają od ogólnie przyjętego wysokiego poziomu. Mimo że singlem promującym płytę wybrana została piosenka „Bez znieczulenia”, to w tej roli równie dobrze sprawdziłyby się także pozostałe propozycje. Osobiście mam tu wielu faworytów i niemały kłopot z jednoznacznym ulokowaniem uczuć. Album z dużym impetem otwiera drapieżna rockowa kompozycja „Mocny”, membrany kolumn basowych energicznie drgają w rytm takich utworów jak „Neony” czy „Błahe Chwile”, a mnie wciąż fascynują wszystkie te wyborne dźwięki. Jednak kwintesencję stylu Krafców najprecyzyjniej odzwierciedlają piosenki „Bez znieczulenia” oraz „Gwiazda Sezonu”, jawnie nawiązujące do złotej ery muzyki disco. Urzekają one swoim brawurowym wykonaniem i pozytywną aurą, którą wokół siebie roztaczają. Te funkowe wibracje działają na słuchacza jak kolorowe drinki serwowane za darmo na imprezie - wciąż mamy ochotę na więcej.

Wiele spośród zawartej tu muzyki to piosenki o tanecznym potencjale. Duża w tym zasługa dynamicznie pulsującej sekcji rytmicznej, która stanowi znak rozpoznawczy Krafców. Idealny feeling sprawia, że grane przez nich groove nie brzmią mechanicznie, ale stanowią źródło niezmierzonej energii, która udziela się słuchaczowi już od pierwszych taktów. Do tego dorzućmy jeszcze oryginalne partie instrumentów klawiszowych dodające wysublimowanego smaku niebanalnym aranżacjom oraz gitarowe zagrywki pełne funkowego zacięcia. W rezultacie nie trudno o to, aby znowu poczuć tzw. gorączkę sobotniej nocy.

Krafcy po wielu latach muzycznych poszukiwań zrealizowali w pełni autorski album, niezależny od panujących trendów i jak się okazało uszyli świetny muzyczny kostium, który wyróżnia ich spośród grania pełnego schematów i oczywistych zwrotów. Płyta „Ef” gości w moim odtwarzaczu już dłuższy czas i nadal przynosi mi wiele radości ze słuchania. Album ten to wymarzony debiut, który przytrafia się niezwykle rzadko, a rzetelnie wyprodukowane i wykonane utwory są jedynie ułamkiem tego, co dobrego przytrafiło mi się podczas obcowania z tą pierwszorzędną muzyczną propozycją.    

Ocena: 7/10



Piotr Polk- „Mój Film”

Recenzowany album jest propozycją wyjątkową. Oto bowiem w niespełna 38 minutach bezcenny ślad swojego talentu zostawili najwięksi twórcy polskiej muzyki rozrywkowej. Seweryn Krajewski, Włodzimierz Korcz, Romuald Lipko oraz nieodżałowany Jarosław Kukulski to klasa sama w sobie. Nie zawiedli także tym razem, układając dźwięki w ujmujące i finezyjne melodie. Na szczęście tempa tym wybitnym kompozytorom potrafił dotrzymać główny bohater tego projektu - Piotr Polk. Popularny aktor z muzyką związany jest niemal od zawsze i nie traktuje jej jedynie jako chwilowego kaprysu. Kiedy kilka lat temu zadebiutował albumem, na którym zaprezentował się w klasycznym jazzowym repertuarze, wiadomym było, że z tej muzycznej przygody może w przyszłości zrodzić się coś naprawdę interesującego.

Płytę otwiera kompozycja „Kosmiczny piątek” utrzymana w najbliższej artyście, swingującej stylistyce. Śpiewający aktor umiejętnie radzi sobie z wymagającymi frazami, intonując je czysto i do tego barwą, która potrafi zaciekawić. Taka udana autoprezentacja zachęca do dalszego zaangażowania się w tę muzykę, a zarazem gwarantuje, że wzniosłych przeżyć nie zabraknie aż do ostatniej nuty. Niedługo przychodzi czekać na wspomniane już przebłyski geniuszu polskich kompozytorów, którzy uczynili ten album unikatowym. Jako pierwszy daje o sobie znać Romuald Lipko, autor przepięknej piosenki „Jesień złota”. Ta rozkoszna bossa nova, olśniewa swoją lekkością i nostalgicznym nastrojem. To zarazem jeden z dwóch szczególnie mi bliskich utworów umieszczonych na tym wydawnictwie. Drugą z szumnie zapowiedzianych jest reprezentująca album piosenka „Mój Film”. Tym razem, zachwyca nieoceniony Seweryn Krajewski, który tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jeżeli istnieje ktoś, kto potrafi zatrzymać ulotne piękno muzyki, to z pewnością jest nim kompozytor z kraju nad Wisłą.

Od samego początku nie można było również pozostać obojętnym na wdzięcznie wyśpiewane przez Piotra Polka teksty. Podobnie jak w przypadku muzyki, także i tym razem dokonano najlepszego z możliwych wyborów. Jan Wołek, bo o nim mowa, jak zawsze okazał się mistrzem drugiego planu, raz bawiąc celną ripostą, innym razem zmuszając do zadumy na rzeczywistością.  Urzeka ponadto wyjątkowy nastrój płyty. Kiedy z głośników sączą się subtelne orkiestrację, na tle których przemykają dyskretne fortepianowe pasaże lub gdy kołyszą nas błogie bossa novy, bywa bardzo balladowo. Po chwili jednak artyści każą nam zapomnieć o współczesnych trendach i przelotnych modach i serwują iście swingowy puls. Za całym tym aranżacyjnym majstersztykiem stoi pianista i producent Jan Smoczyński, który doskonale doprawił całość aromatycznymi i pieszczącymi zmysły słuchacza „przyprawami”.

Album „Mój Film” ukaże się w wyjątkowo bogatej wersji. Oprócz samej płyty otrzymamy DVD z zapisem koncertu, który odbył się w Sandomierzu i kilka innych miłych drobiazgów.

Ocena:7/10


„Made in France vol. 3”


Wrocławskie wydawnictwo Luna Music już od dłuższego czasu rozpieszcza nas uroczymi kompilacjami prezentującymi całe zastępy zdolnych, często zupełnie nieznanych w Polsce artystów. Tym razem do moich rąk trafiła trzecia już część projektu „Made in France” prezentującego najświeższe dokonania młodych francuskich twórców. Piękne dwu-płytowe wydanie i pomysłowa szata graficzna zachęcają do natychmiastowego odtworzenia zaklętej w cyfrowe bity muzyki.


Album otwiera doceniona już w Polsce wokalistka - Zaz. Swoim debiutanckim albumem nie tylko zaskarbiła sobie sympatię, ale także wzbudziła podziw dla swojego charakterystycznego, lekko ochrypłego głosu. Już w trakcie słuchania utworu „Je veux” jestem pewien, że czas poświęcony tej muzycznej pozycji nie okaże się stracony. Kolejna fascynacja przychodzi już po chwili wraz z kompozycją „Home is where it hurts” w wykonaniu francuskiej pieśniarki Camille, znanej m.in. ze współpracy z formacją Nouvelle Vague. Genialne zestawienie beatboxu, nowoczesnego aranżu i przejmującego głosu wokalistki przenosi słuchacza w inny wymiar muzycznych doznań i wyostrza apetyt na kolejne artystyczne przeżycia.Dalsza wędrówka szlakiem francuskich pieśni jest równie przyjemna. Ujmuje rozkoszny, połamany rytmicznie quasi-walczyk Emily Loizeau, swoją pastelową barwą głosu pięści uszy słuchacza Jayce Jonathan, a całkiem udanie prezentuje się także Marie-Pierre Arthur. Pierwszą z płyt omawianej kompilacji efektownie zamyka rewelacyjna kompozycja „Le combat ordinaire” formacji Fatlas Picards. Prosty, lecz niesłychanie zaraźliwy, przewijający się przez całą piosenkę motyw wokalny chce się śpiewać razem z artystami i wcale nie przeszkadza w tym bierna znajomość francuskiego. 

Jeszcze więcej uśmiechu na twarzy entuzjastów muzyki powinna wywołać druga część kompilacji „Made in France”. Rozpoczyna ją zaprzyjaźniona już grupa Fatals Picards w iście karnawałowym stylu zachęcającym do tanecznych popisów. Po raz kolejny mamy także przyjemność wysłuchać Marie Amelie, która zanurzając się w stylistyce francuskiego kabaretu, zachwyca lekkością wyśpiewywanych fraz oraz erotyzmem, jaki bije z jej głosu. Drugi z krążków także dostarcza nam kilka uroczych drobiazgów. Kołyszące dźwięki reggae w wykonaniu Manu Larrouy, jazzujący skład Paris Combo oraz brzmiąca nieco westernowo Adrienne Pauly to dźwięki miłe dla ucha.Na koniec zaś pozostawiłem dwie najbliższe mi kompozycje, które od pierwszego usłyszenia rzuciły na mnie nieodwracalny urok. Wspomniana już Emily Lozieau w skąpo zaaranżowanej balladzie „Sister” udowadnia, że piękno tkwi w prostych rozwiązaniach, prześliczna pieśniarka Berry natomiast w rozkosznej muzycznej miniaturze „Mademoiselle” olśniewa mnie, a wręcz zawstydza swym namiętnym szeptem.

Wyrazy uznania należą się twórcom tej składanki. Nie ma tu mowy o przypadkowych wyborach lub opieraniu swych decyzji na wynikach sprzedaży płyt czy popularności. Wręcz przeciwnie: to bardzo rzetelne przedstawienie francuskiej sceny muzycznej i jej obecnych nurtów. Trudno jednoznacznie sklasyfikować zawartą tu muzyczną mieszankę, jednak zdecydowanie dominują w niej brzmienia akustyczne w przeróżnych konfiguracjach. „Made in France vol. 3” to propozycja, która nie tylko uprzyjemni nam czas, ale także zachęci do dalszych poszukiwań. Kilku z artystów tu zaprezentowanych już stało się moim ulubieńcami. Po ponad 80-minutowej randce z nastrojową francuską chanson mam ochotę na więcej i to bynajmniej nie spożyte podczas odsłuchu wino odegrało tu kluczową rolę. Zaprezentowane na recenzowanej składance kompozycje nie wymagają dogłębnej analizy muzykologicznej, lecz każą rozkoszować się urokiem języka francuskiego, pozwalają marzyć o mieniących się tysiącami barw prowansalskich winnicach oraz maleńkich paryskich kawiarenkach z dala od wielkomiejskiego gwaru.

Ocena:7/10




St. James Hotel- "St. James Hotel"

St. James Hotel to katowicka formacja powstała w roku 2009. Dwa lata obecności na rynku muzycznym zaowocowały sporym bagażem doświadczeń, licznymi nagrodami oraz wyróżnieniami, a co chyba najważniejsze, bardzo interesującym premierowym materiałem. Artyści zebrali jedenaście utworów, które stanowią album zatytułowany po prostu „St. James Hotel”. Do swoich dotychczasowych osiągnięć zespół zaliczyć może również występy podczas Off Festivalu oraz 30. jubileuszowej Rawy Blues. Nie bez przyczyny to właśnie Rawa znalazła się w ich koncertowym kalendarzu, gdyż duch muzyki bluesowej jest obecny w debiucie formacji.

Otwierająca album kompozycja „Nic Nigdy”, od samego początku przyciąga moją uwagę. Świetna, pulsująca sekcja rytmiczna jasno wyznacza kierunek, w którym zmierza ten utwór. Filozofię solidnego rockowego grania dodatkowo świetnie realizują obaj gitarzyści, grając prosto, lecz bardzo charyzmatycznie. Muzycy nie pozostawiają nam ani chwili wytchnienia. W kolejnej piosence „W kłębach dymu” wciąż podnoszą dynamikę swojej gry i z każdym kolejnym dźwiękiem robi się naprawdę gorąco. Jest energetycznie, ale nadal bardzo „śpiewnie”, co świadczy o potencjalne, jaki tkwi w tej kompozycji.Ważnym „elementem identyfikującym” zespołu są oryginalne gitarowe partie. Co ciekawe nie tylko elektryczne sprzężenia i przesterowane, kąsające riffy odgrywają tu ważną rolę. Gitara akustyczna również opowiada wiele ciekawych historii. Jej brzmienie sprawia, że katowicki kolektyw znacznie wybija się poza sztywne granice muzycznych stylistyk i oferuje nam zupełnie nową jakość. St. James Hotel to zespół, który z pewnością potrafi zaciekawić i nie stanowi kopii artystów z zagranicy. Muzycy stanowiący tę formację to bez wątpienia ludzie o szerokich muzycznych horyzontach. Słychać to w niebanalnych kompozycjach, w których przecinają się szlaki wielu muzycznych gatunków. Umiejętnie wybierają z każdego z nich to, co ich zdaniem najbardziej interesujące, tworząc tym samym oryginalną „układankę”. 


Nie brak tu wycieczek w stronę bluesa, lecz nie liczmy na leniwe 12-taktowce, bo wszystko, co słyszymy, ma w sobie dużo polotu i energii. Zespół z pewnością inspirują także brzmienia bardziej stonowane, jak folk czy country. Moim zdaniem chłopaki najbardziej lubią jednak, rozpalić swoje instrumenty niemal do czerwoności, w dynamicznych, gnających na przełaj numerach, co udowadniają niejednokrotnie. Po kilkukrotnym przesłuchaniu albumu na niewielkiej karteczce wynotowałem sobie faworyzowane przeze mnie utwory, które niniejszym „odznaczę” dobrym słowem i wyrazami uznania. Bezapelacyjnym numerem jeden jest kompozycja „Nocnym tramwajem” utrzymana w „westernowym” klimacie i otoczona ze wszystkich stron efektownymi gitarowymi partiami. Moim zdaniem to świetny kandydat na pierwszy singiel z tego albumu, bynajmniej nie z racji niespełna trzech minut trwania. Po kilku mocnych i dynamicznych utworach można przyzwyczaić się do tego, że muzycy nie mają zamiaru zwolnić. Jednak piosenka „Kiedy i jak” daje chwilę wytchnienia i przedstawia tym razem akustyczno-liryczną twarz zespołu. Utwór, mimo iż prosty formalnie i harmonicznie, brzmi wybornie, jakby ze swojej prostoty uczynił największy atut. 

Ostatnim z wyróżnionych stała się zamykająca album kompozycja „Czekając na deszcz”. Świetnie prowadzona linia wokalu tworzy hipnotyczny nastrój, a rozedrgane gitarowe dźwięki przeszywają całe ciało słuchacza. Atmosfera gęstnieje z każdym taktem utworu, wysłuchanie jej zaś w późnowieczornych godzinach w ciemnym pokoju może przynieść niezapomniane doznania. Mocną stroną tego debiutu są również niebanalne teksty- daleko im do prymitywnych rymów i porównań. Stanowią one zbiór fascynujących opowieści, które stoją na równi z muzyką i z pewnością warto wsłuchać się zarówno w dźwięki, jak i w słowa. Słuchając recenzowanego tu albumu, z każdą kolejną kompozycją coraz bardziej przekonywałem się do St. James Hotel. Ostatecznie zaś stałem się ich sympatykiem. Muzycy z pewnością nie mają szczytnych celów reformy rynku muzycznego w Polsce, ale oferowana nam płyta stanowi doskonałą alternatywę dla wszystkich około muzycznych zjawisk, które zalewają nas w coraz to większej ilości. „St. James Hotel” to świetna płyta, która doskonale sprawdza się, gdy szukamy w muzyce czystej przyjemności, jednak dotrze i do tych, którzy potrzebują silniejszych przeżyć i emocji. 

Ocena:7/10 

Karolina Tuz- "Pola lawendowe"

„Pola lawendowe” to debiutancki album Karoliny Tuz, absolwentki Wrocławskiej Akademii Muzycznej w klasie fortepianu. Nie mamy tu jednak do czynienia z typem artystki wielbiącej ponad wszystko dzieła klasyków, dlatego też wyszła ona znacznie poza stylistykę w której obracała się przez większość swojego życia. Co więcej to nie fortepianowe pasaże są tutaj tematem mojej rozprawy, gdyż pani Karolina, oprócz wspomnianego już talentu, obdarzona jest bardzo ciepłą i subtelną barwą głosu i rzecz jasna nieodpartym urokiem osobistym. I to właśnie jej wokalne poczynania są siłą napędową tegoż wydawnictwa.

Recenzowany album przynosi wiele interesujących muzycznych nastrojów. Artystka potrafi zaczarować leniwie snującą się balladą („Kwadra”), gdzie urzeka aksamitem swego głosu, jednak równie przekonywujący wypada śpiewając lekkie tematy, kluczące wokół tzw. ambitnego popu. Kompozycja „Podejdź bliżej” z gościnnym udziałem świetnego gitarzysty Artura Lesickiego, to dokonały przykład tego miłego dla ucha, lecz niebanalnego muzykowania. Słowem, „Pola lawendowe” to artystyczna uczta złożona z wartościowych dźwięków, ułożonych w rozmaitych stylistycznych konstelacjach.

Karolina Tuz to artystka poszukująca , która mam wrażenie od lat uważnie śledzi wszystko to co dzieje się na polskim jak i zagranicznym rynku muzycznym. Dobry artysta to nie tylko poprawny wykonawca, lecz także uważny słuchacz. W wielu kompozycjach pobrzmiewa echo twórczości takich artystów jak Anna Maria Jopek czy Norah Jones, które stanowią inspirację dla pani Karoliny o czym zresztą sama niejednokrotnie mówiła. Wpływ tej drugiej z wymienionych słychać najbardziej w kompozycji „Pieśń nad pieśniami”, powolnym „knajpianym” bluesie w nieparzystym metrum, który uroczo pieści uszy słuchacza. 

Album wypada również bardzo przekonywująco od strony wykonawczej. Grono zaproszonych do studia muzyków adekwatnie do stylistyki wykonało swoje partie instrumentalne. Na szczególną uwagę zasługuje wspomniany już Artur Lesicki, który podgrzewa atmosferę albumu zawsze gdy jego gitarowe frazy pojawiają się gdzieś na horyzoncie. Jednak to co najbardziej przykuwa moją uwagę, to partie wokalne artystki. Bardzo pewnie i lekko wyśpiewane przez nią główne tematy niejednokrotnie doprawione są ciekawymi wielogłosowymi harmoniami oraz oszczędnymi lecz wartościowymi wokalizami. Recenzowany album to także zbiór pięknych i wartościowych tekstów, które szczerze i prawdziwie wybrzmiewają w interpretacji artystki. W swych poszukiwaniach wokalistka sięga nie tylko po dokonania współczesnych twórców. Równie chętnie śpiewa teksty poetyckie oraz biblijne, co doskonale przenika się z charakterem muzyki.

„Pola lawendowe” to album, którego najlepiej wysłuchać niespiesznie. Piosenka po piosence, delektując się każdym dźwiękiem i słowem. To propozycja dla tych którzy chcą poświęcić muzyce odrobinę swojego czasu, zapominając o tym jak szybko on gna.


Ocena: 7/10


Recenzja napisana dla portalu Wywrota.pl

Japoto- "Japoto"

Formacja Japoto niesie ze sobą powiew świeżości, lecz jej członkowie obecni są na polskiej scenie muzycznej już od wielu lat. Tym razem jednak, postanowili wykorzystać swoje dotychczasowe doświadczenia oraz staż w szeregach takich zespołów jak Hey, Abradab czy Pogodno i stworzyli interesujący, autorski albumu stojący na pograniczu wielu stylistyk.

Artyści witają się ze słuchaczami promującą album kompozycją „When”. Intro utworu zaciekawia zestawieniem beatboxu z granymi jakby od niechcenia gitarowymi akordami. Jednak nie dajmy się zwieść pozorom, bo zespół zaskoczy nas jeszcze niejednokrotnie. Po raz pierwszy już po chwili, gdy utwór opanowuje funkowy rytm i zmienia się nie do poznania. Na tle zapętlonego motywu, wiruje cała masa wygenerowanych przy pomocy syntetyzatorów odlotowych dźwięków. Świetnie wypada również zabawa z nakładaniem się partii wokalu co dowodzi, że wszystkie elementy są tu doskonale dopracowane. Wprawne ucho słuchacza powinno wychwycić także głos damski, należący do Natalii Przybysz, tym razem na gościnnych występach.

Nie czekałem długo aby znaleźć mojego faworyta na recenzowanym albumie. Druga z kompozycji „It's time”, urzeka od samego początku. Mnóstwo interesujących gitarowych partii i świetny groove sprawiają, że nie mogę powstrzymać się od wybijania rytmu razem z perkusistą, na znajdujących się w pobliżu meblach i innych domowych urządzeniach. Trzeba zaznaczyć,że silną stroną zespołu są pomysłowe i nowatorskie gitarowe zagrywki. Obu gitarzystów serwuje nam całą paletę rozmaitych brzmień i rozwiązań harmonicznych. Mam wrażenie, że ich pomysłowością można by obdarować całe zastępy młodych adeptów gitary, cierpiących na brak własnego stylu. Po wycieczkach w stronę funky w dwóch pierwszych kompozycjach przychodzi pora na odrobinę wyciszenia. Balladowy numer „Splendid evening” pokazuje nam drugie obliczę formacji. Ta intrygująca brzmieniowo kompozycja, ma w sobie jakiś kuszący element niepokoju, który każe postawić kolejny krok ku ciemności. Miarowy, powolny rytm i dźwiękowe plamy wprawiają słuchacza w hipnozę w której chciałoby się pozostać 

Nie długo jednak pławimy się w delikatnych brzmieniach. Z błogiego półsnu wyrywa kompozycja „Something”, kolejny z moich faworytów. Drum'n' bassowy czad i obłędne, zawiłe frazy wyśpiewywane przez Krzysztofa Zalewskiego to esencja tej kompozycji. Ostinatowy motyw basu porywa do transowych, rytmicznych ruchów całego ciała. „Lookin" zwraca moją uwagę nietuzinkowym, porwanym rytmem. Po raz kolejny urzeka mnogość świetnych gitarowych partii z opętaną solówką zagraną przy użyciu gitarowego efektu whammy na czele. Dość szybko okazuje się, że w ciągu tych zaledwie kilku minut kilkukrotnie wykrzyknę głośne wow, jako dowód uznania dla poczynań muzyków. Niespodziewane zwroty akcji są tu na porządku dziennym, jednak numerem jeden pozostaje Krzysztof Zalewski eksperymentujący z barwą swojego głosu na wszelkie możliwe sposoby. Ten zdolny wokalista, zaklęty w niebycie po zwycięstwie w telewizyjnym show, odnalazł właściwą ścieżkę, którą dzielnie podąża ku sukcesowi. 

To co urzeka mnie w tym albumie to skomplikowane formalnie i aranżacyjnie utwory, które meandrują pomiędzy rozmaitymi, często bardzo odległymi od siebie stylistykami. Wszystko to jednak wciąż ma sens, a muzycy ani na chwilę nie gubią wątku i doskonale radzą sobie z muzyczną materią. Album zamykają dwie udane kompozycję. Kluczący w bluesowych okolicach utwór „Me” oraz „Euforia”. Stanowią one idealne muzyczne CV grupy Japoto. Opętańcze, zapętlające się gitarowe riffy, połamane rytmy i szalone partie wokalu, to znaki firmowe tej unikatowej formacji. 

Japoto to z pewnością projekt dokładnie przemyślany o jasno postawionych muzycznych celach. Nie konwencjonalna forma dołączonej do albumu książeczki oraz charakterystyczne logo zespołu świadczą o tym, że muzycy przykładają wagę do każdego szczegółu, a to z kolei przekłada się na jakoś oferowanej nam muzyki. To z pewnością jeden z najlepszych debiutów jakie miałem przyjemność wysłuchać.  

Ocena 8/10


Recenzja napisana dla portalu Wywrota.pl

Tamara Raven „A few of my favorite”



Tamara Raven to artystka o wschodnich korzeniach, pochodząca z miejscowości Suchumi położonej nad wybrzeżem Morza Czarnego. Mimo młodego wieku lista jej dotychczasowych osiągnięć jest imponująca. Ukończyła prestiżowe, moskiewskie konserwatorium w klasie skrzypiec, oraz Rosyjską Akademię Sztuki Teatralnej. Następnie rozpoczęła pracę jako śpiewaczka operowa oraz koncertowała w wielu zakątkach świata między innymi z orkiestrą Jazz Band Sochi. Mimo klasycznego wykształcenia jej największą miłością wciąż pozostawała muzyka jazzowa. W końcu wraz z udziałem świetnych polskich jazzmanów zdecydowała się zrealizować projekt zatytułowany „A few of my favorite” na którym przedstawiła swoje, unikatowe interpretacje dobrze znanych wszystkich entuzjastom jazzu standardów tegoż gatunku.

W dobie popularność tak zwanych songbooków i setek płyt zawierających wciąż ten sam repertuar propozycja taka mogła by przejść zupełnie bez echa. Jednak w przypadku Tamary rzecz ma się zupełnie inaczej i chyba wręcz niemożliwe jest to, aby oprzeć się urokowi tej damy i nie sięgnąć po ten album. Artystka oprócz rewelacyjnego warsztatu wokalnego oraz niesztampowej barwy głosu posiada niesłychany magnetyzm oraz charyzmę. Tembr jej głosu przywodzi mi na myśl takie ikony jazzowej wokalistyki jak Billy Holiday czy Sarah Vaughan, jednak mimo tych skojarzeń Tamara jest po prostu autentyczna w każdym swojej frazie i jest artystką w pełnym tego słowa znaczeniu.

„A few of my favorite” to jeden z tych albumów z słuchania którego można czerpać niekończącą się przyjemność i wciąż odkrywać go na nowo. Jednak to nadal nie wszystkie atuty tego wydawnictwa. Grzechem było by nie wspomnieć o towarzyszącym artystce zespole, którego obecność daje się niejednokrotnie usłyszeć. Genialny akompaniament, ale także godne największych pochwał partie solowe każdego z muzyków są tu na porządku dziennym. Nie ma tu jednak mowy o efekciarstwie i nazbyt ekspansywnej wirtuozerii. Wszystkie elementy tej muzycznej układanki idealnie do siebie pasują i tworzą integralną całość, którą najlepiej wysłuchać od początku do końca. Zaś najbardziej wyróżniającymi muzykami wydają się być saksofonista Mariusz Kozłowski oraz pianista Piotr Sawicki.

Album „A few of my favorite” kryje w sobie także kilka niespodzianek. Pośród klasycznych tematów takich jak „Moon River” czy „That old Devil Called Love” , artystka przemyciła kompozycję znacznie wykraczających poza ramy muzyki jazzowej. Jakież było me zdziwienie gdy śledząc listę utworów znalazłem na niej kompozycję Venus grupy The Shocinkg Blue spopularyzowaną na przełomie lat 80 i 90. Jeszcze większym zaskoczeniem niż sam utwór okazało się jego wykonania. Rewelacyjny ujazzowiony aranż brzmi niesłychanie świeżo i zjawiskowo. Świetne solo saksofonu i wprost obłędna wokaliza Tamary rzuci na kolana każdego słuchacza, nawet nie obcującego na co dzień z tego typu dźwiękami. W bardziej poważnych kompozycjach Tamara jawi się nam jako artystka świadoma swojego głosu. Mam wrażenie jakby aptekarską miarą ważyła każdą wyśpiewywaną frazę. Co słychać w „Round Midnight”, kompozycji Theloniusa Monka czy innym klasyku „My one and only love”. Jednak liryczne usposobienie to jedynie jedna z jej artystycznych twarzy. Kolejną ukazuje nam już po chwili w niesłychanie dynamicznym i brawurowym wykonaniu kompozycji Richarda Rodgersa „My favorite things”, co tylko upewnia mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z wokalistką, która właśnie rozpoczyna artystyczną drogę pełną sukcesów.  Wieńcząca utwór „szaleńcza” wokaliza to jakby ostrzeżenie dla wszystkich ewentualnych niedowiarków, którzy jeszcze jakimś dziwnym trafem nie ulegli jej czarowi.

Album zamyka jeden z najdoskonalszych standardów polskiej muzyki. „Jej portret”, kompozycja Włodzimierza Nahornego to cudowny leniwie snujący się z głośników jazz walc. Stonowany akompaniament pozwala zasłuchać się w to jak wspaniale temat ten zinterpretowała artystka. Jej wyborne wokalne frazy z operową ornamentyką wieńczą ten świetny album. A chciało by się wciąż więcej i więcej.

To co każe mi wystawić tej płycie pozytywną ocenę to fakt, iż album ten pozbawiony jest jakichkolwiek kompleksów, co jest częstym zdarzeniem w przypadku debiutu. Tamara ma jasno sprecyzowane artystyczne cele, a co więcej ma dokładnie wyznaczoną drogę do tego aby je osiągnąć. Oby kolejnym krokiem była autorska płyta artystki na którą już dziś czekam z niecierpliwością.

Ocena: 8/10
Recenzja napisana dla serwisu Wywrota.pl

Dziewczyny- "Dziewczyny z sąsiedztwa"

Polska to kraj  nieprzeciętnie zdolnych muzyków oraz  świetnych kompozytorów, a zarazem kraj najbardziej płytkiej i banalnej muzyki popularnej. Na palcach jednej ręki wyliczyć można ambitne projekty, które przebiły się do mediów i trafiły do szerszego grona odbiorców. 

Zespół Dziewczyny to  projekt, któremu nie brak wspomnianych  ambicji, ale jest to zarazem propozycja rozrywkowa  w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Po pierwszym przesłuchaniu  interesującym wydaje się fakt, że owa grupa  gra zupełnie akustycznie, a w dodatku korzysta z  obcych dla uszu polskiego słuchacza instrumentów tak jak np. banjo. To co również może wydać się niecodziennym, jest skład zespołu. Ich znakiem rozpoznawczym są dwie wokalistki, tytułowe dziewczyny, rzecz jasna. Wszystkie kompozycje   zaśpiewane są przez obie panie, które świetnie się uzupełniają  tworząc  efektowne  wokalne harmonie. 

Album "Dziewczyny z sąsiedztwa" to o zbiór 11 dobrze napisanych melodii, które urzekają swoją lekkością i energią.  Stylistycznie zespół oscyluje w   kręgu retro popu, lecz odnajdziemy tu także nawiązania do takich gatunków jak  bluegrass, dixie czy  ska. Album praktycznie cały czas trzyma słuchacza w napięciu, a momentami potrafi zaskoczyć i wywołać na twarzy szeroki uśmiech. Pośród wszystkich zarejestrowanych utworów na szczególną uwagę zasługują te wymienione poniżej, którymi "dziewczyny" udowadniają swoją unikatowość. 

Kompozycję  "Wybacz chłopcze"  rozpoczyna prosta wokaliza, która już po chwili bez problemu podchwyci każdy słuchacz. Groovowe granie w zwrotkach świetnie kontrastuje z "rockowym" na tyle na ile to możliwe w akustycznym składzie refrenem. Genialnie i zadziornie zagrany i zaśpiewany utwór, który rozkręca się z  każdym kolejnym taktem, by w końcu eksplodować z ogromną siłą.  Jednak to tak naprawdę dopiero początek miłych niespodzianek od "dziewczyn z sąsiedztwa". Przepiękna ballada "Nigdy" to cudowny mariaż aksamitnie brzmiących  partii wokalnych z delikatnie kołyszącym pulsem bossa novy. Wszystko to podane zostało tak lekko i delikatnie, że w powietrzu aż czuć obecność wielkiego Atonio Carlosa Jobima.  Zaś delikatnie szemrzący w tle bez progowy bas pieści uszy słuchacza cudownymi, leniwie przeciąganymi dwudźwiękami. 

Dwie dobre kompozycje na albumie to średnia większości polskich albumów, jednak nasze dziewczyny nawet przez chwile nie myślą o zwolnieniu tempa. Już po chwili serwują nam chyba najciekawszy z utworów na albumie. Kompozycja "A gdyby tak" to dowód na to, że cztery minuty to naprawdę wystarczająca ilość czasu, aby zmieścić w nich świetną melodię, dobry aranż oraz niebanalny  tekst. W kwestii tekstów warto wspomnieć o tym, że mimo iż większość z nich nawiązuje głównie do relacji damsko-męskich to nie czyni tego w sposób boleśnie bezpośredni  do czego zdążyło już przyzwyczaić nas spore grono polskich artystów. Na albumie znalazły się także dwa utwory z którymi Dziewczyny brały udział w opolskim konkursie premier oraz eliminacjach do Eurowizji 2010 (Chimera oraz Cashbox). 

Z pewnością recenzowany tu album nie zrewolucjonizuje polskiego przemysłu muzycznego oraz nie uleczy skażonych komercją przez mass media gustów większości odbiorców. Jednak dziewczyny z naszego sąsiedztwa pokazały, że nagranie świetnej płyty  nie jest zależne  od dobrego studia czy kontraktu z topową wytwórnią, lecz to raczej chęć oderwania się na chwilę od banału i zrobienie czegoś w zgodzie z samym sobą. 

Ocena: 9/10




Sarah Jane Morris "Where It Hurts"


Wiele jest barw i odcieni muzyki. Setki gatunków i tysiące instrumentów na których można je wykonać. To wszytko daje ogrom możliwości, od małych jazzowych składów, aż  po rozbuchane orkiestry symfoniczne. 
Muzyka jest piękna w każdym ze strojów jaki przybiera, jednak czasem najszlachetniej zabrzmi odziana jedynie w skromne "akustyczne" szaty. Wydany w ubiegłym roku album "Where It Hurts" już od pierwszego przesłuchania rzucił na mnie nieodwracalny urok i to właśnie za sprawą cudownego niczym nie skrępowanego, akustycznego grania.

"W prostocie siła" to hasło znane każdemu, jednak nie wielu artystów decyduje się na kameralny, akustyczny  skład,  w którym muzyka brzmi nad wyraz szczerze i prawdziwie. Być może czasem brak im odwagi lub po prostu dobrych kompozycji, które obronią się pod każdą postacią. W przypadku recenzowanego albumu dobrych pomysłów nie brak. Jest wręcz przeciwnie, każdy zarejestrowany tu utwór jest wart uwagi słuchacza od pierwszych do ostatnich taktów.

Otwierająca płytę kompozycja "A world to win" wita nas cudownym brzmieniem akustycznych i klasycznych gitar. Sarah nigdy nie szła na kompromisy werbując muzyków, którzy towarzyszyli jej na autorskich albumach. Tym razem do składu dołączyło dwóch wybitnych gitarzystów.  Tony Remy na gitarze akustycznej i sam Dominic Miller ze swoim szlachetnym brzmieniem gitary klasycznej. Obecność tego drugiego zostawiła olbrzymi ślad na tym albumie. Miller spisał się doskonale nie tylko jako instrumentalista, lecz także jako współautor większości kompozycji. "You now her" to kolejna przyjemnie relaksująca ballada z akustycznymi gitarami na pierwszym planie i delikatnie kołyszącym rytmem.  Kompozycja urzeka piękną i prostą melodią oraz wtórującą artystce  sekcją smyczków.

Sarah potrafi świetnie zróżnicować swój wokal czym udowadnia, że nadal jest w doskonałej formie. Raz śpiewa bardzo energetycznie, a po chwili  tak delikatnie jakby chciała wyszeptać słuchaczowi do ucha słowa utworu. Tę energie w jej głosie odnajdujemy w kolejnej kompozycji "Promised Land". Na tle  genialnie akompaniującego  zespołu  Morris śpiewa  gniewnym wokalem, dodatkowo nagrywając samodzielnie w studiu świetne chórki towarzyszące jej w refrenie. Sarah jest autorką wszystkich partii wokalnych na albumie, co w czasach sesyjnych wokalistów, którzy "w biegu" nagrywają chórki na setkach płyt jest wielkim atutem artystki.  "Under the Star" to kolejny z moich faworytów. Kołysząca  akustyczna sekcja i po raz kolejny nieoceniony Miller, mistrz drugiego planu. 

Do tej pory delikatnie  akompaniujący wokalistce zespół zaczyna pokazywać"pazur" w utworze "Good night God bless". Funkowy groove grany przez sekcje w składzie Henry Thomas - akustyczna gitara basowa  oraz Martyn Barker perkusja,  zadziorne gitarowe zagrywki i obłąkane solo saksofonu wprowadzają atmosferę rasowego jamu, nic więc dziwnego, że odtwarzam sobie ten utwór w nieskończoność. 
Peanów na cześć zespołu nie będzie końca, gdyż gra każdego z muzyków czyni ten album unikalnym. Przez kilkadziesiąt minut jego  trwania ujrzymy  wiele twarzy tego bliskiego ideału kolektywu. Od  subtelnego i dyskretnego akompaniamentu,  poprzez  hipnotyczny knajpiany rytm w kompozycji "Betrayal", aż po jazzowo-funkowe inklinacji we wspomnianym już  "Good night...". 

Gdy sięgnąłem po tę płytę  kilka miesięcy temu, wówczas jeszcze nie odważyłem się na taki osąd, ale dziś jestem pewien, że to najlepszy z albumów brytyjskiej wokalistki Sarah Janne Morris. 

Ocena 10/10

Płyta tygodnia The Bad Plus- "Never Stop"

Niewielu jest artystów na współczesnej scenie jazzowej, którzy od lat kroczą wybraną przez siebie drogą bez cienia komercji. The Bad Plus to grupa która idealnie odpowiada powyższemu rysopisowi. na najnowszym albumie prezentują dziesięć, tym razem autorskich kompozycji udowadniając, że nadal nie znudziła się im wędrówka na przełaj i wciąż  potrafią dać niezłego energetycznego kopniaka. 

Tytułowa kompozycja "Never Stop" wchodzi w krew i uzależnia jak narkotyk. Ten prosty formalnie i harmonicznie utwór  brzmi tak, że naprawdę mógłby się nigdy nie kończyć. Oszczędna gra całego tria udowadnia, że panowie czerpią wielką przyjemność z muzyki i w zasadzie bawią się dźwiękami. Utwór "Never Stop" okazał się być przystawką przed daniem głównym, a w menu czekała dawka solidnego jazzu, zaserwowanego przez niezawodne  trio Iverson, Anderson, King. W kompozycji "You are" na pierwszy plan wysuwa się pianista Ethan Iverson racząc nas cudownymi harmoniami oraz motywami  granymi w dole unisono z kontrabasem. Tak na marginesie to właśnie kontrabasista Reid Anderson jest autorem tej kompozycji. Wszystko to jest jednak tylko wstępem do  niesłychanie patetycznej cody utworu, która  zagrana adlibitum niesie ze sobą tak olbrzymi  ładunek emocji, że z każdym kolejnym dźwiękiem oczekuje eksplozji, zaś zakończenie okazuje się być zaskoczeniem... 

Wartą uwagi kompozycją jest z pewnością "People like you". Ospała i nostalgiczna  ballada  z każdym dźwiękiem hipnotyzuje coraz bardziej jak egzotyczna trucizna. Oszczędna gra każdego z muzyków  po raz kolejny udowadnia, że muzyka najbardziej kocha powściągliwość i szanowanie każdego z dźwięków. Fantastyczne synkopy oraz genialny raz kroczący,  raz galopujący  groove, nad którym górują opętane improwizowane partie fortepianu to esencja kolejnej kompozycji  "Beryl Love to dance". Geniusz pianisty Ethana Iversona jest tu wyraźny jak na dłoni. W jednej chwili potrafi niemal zupełnie zmienić swój styl gry. Począwszy od wspomnianych już szaleńczych improwizacji, aż po poszarpane zawiłe tematy.  Wypady w stronę free jazzowego grania to chyba to, co trio The Bad Plus uwielbia najbardziej czego jasnym sygnałem jest właśnie ta kompozycja. 

Krzywdzącym było by nie wspomnieć w tej recenzji o perkusiście Davidzie Kingu, stanowiącym wraz z kontrabasistą Reidem Andersonem solidny fundament każdej kompozycji. pozostawiając na uboczu techniczne aspekty jego gry, którym należy się co najmniej kilkustronicowy artykuł w fachowym czasopiśmie, ja wspomnę tylko o jego nie słychanej "muzycznej czujności" i wyrafinowaniu, czego życzyłbym niejednemu perkusiście o zapędach w stronę cyrkowych, arcytrudnych technicznie sztuczek.

Świetnym zakończeniem albumu jest utwór "Super America", który zostawia słuchacza w bardzo pozytywnym nastroju, a jednocześnie zachęca do odtworzenia płyty po raz kolejny. Rhytm and bluesowa rytmika i chwytliwy temat sprawia, że utwór ten staje się miłym drobiazgiem, a zarazem świetnym, lecz nieco mylącym epilogiem dla tego albumu. 

Ocena 9/10

Carlos Santana- Guitar Heaven

To jedna z tych płyt na którą oczekiwałem z wielkim zaciekawieniem, a zarazem mieszanymi uczuciami. Sama formuła w jakiej został nagrany album to tzw. "pójście na łatwiznę".  Carlos Santana zdążył już nas jednak do tego przyzwyczaić, gdyż jego poprzednie albumu również były pewnego rodzaju kompilacjami piosenek z gościnnym udziałem topowych artystów, które zazwyczaj nie tworzyły spójnego albumu.

Najnowszy  album Carlosa Santany również "dźwigają" zaproszenie goście.  Spośród całej plejady gwiazd moim zdaniem najlepiej zaprezentowali się przedstawiciele młodszego pokolenia czyli  bluesman Jonny Lang  ("I Ain't Superstitious") oraz raper Nas ("Back In Black"). Wielkie nazwiska tym razem okazały się tylko dobrym zabiegiem  marketingowym, gdyż zarówno  Joe Cocker, jaki i Chris Cornell dalecy byli od osiągnięcia szczytu swoich umiejętności. Set lista najnowszego albumu Santany rzeczywiście prezentuje utwory, które powinny znaleźć się w tytułowym gitarowym niebie, jednak po kilkukrotnym przesłuchaniu to wszystko wydaje się tak oczywiste, że jakoś nie chce się do tego wracać. Bo z pełnym szacunkiem dla utworów tj. "Smoke On The Water" czy  "Little Wing",  Santana mógł wykazać chociaż odrobinę więcej chęci i sięgnąć po mniej ograne standardy muzyki rockowej.
 
Album "Guitar Heaven"  to najwyższej jakości produkt o perfekcyjnym brzmieniu, doskonale nagrany i zrealizowany, jednak nie zachwyca mnie niczym świeżym. Santana zrezygnował tutaj ze swojego charakterystycznego gitarowego soundu przez co czasem mam wrażenie, że słucham zupełnie innego gitarzysty grającego rockowe covery. Uważam, że  zdecydowanie lepiej sprawdza się on  ze swoim gitarowym stylem bycia w około latynoskiej stylistyce i zupełnie nie rozumie obranej przez niego drogi. Słuchając tej płyty  nasuwa się pytanie dokąd zmierza Santana i czy nie przekroczył już tej płynnej granicy kiedy z artysty przerodził się w hochsztaplera, który nie zależnie od jakości oferowanej muzyki chce zarobić na niej krocie. 
Ocena: 5/10 

Philip Sayce "Innerevolution"

Współczesny rynek muzyki blues-rockowej  to obecnie największe zagłębie utalentowanych artystów. Jednym z nich jest nieznany mi dotychczas brytyjski gitarzysta Philip Sayce. Pierwsze przesłuchanie jego trzeciego już solowego albumu dało mi do zrozumienia, że nasza znajomość to nie tylko jednorazowe spotkanie. Założenia albumu "Innerevolution" są bardzo jasne i klarowne. To kawał dobrego grania prosto od serca, bez zbędnych udziwnień. Artysta pozostawia innym studyjne  zabiegi służące maksymalnemu wypieszczeniu każdego dźwięku, a w zamian za to serwuje nam gitarowe sprzężenia, analogowe przestery i fuzzy oraz olbrzymią dawkę energii. Sayce postawił  na rockowe trio i jedynie w kilku utworach  pozwala sobie na lekkie ubarwienie swoich kompozycji poprzez poszerzenie  instrumentarium, w myśl zasady czasem mniej dźwięków ma większą wartość niż przeładowane aranże.

Album otwiera surowo brzmiący utwór "Changes". Już od samego początku gitarowy power i mocna sekcja sprawia, że  serce bije mocniej. Do tego zaskakujący dobry  wokal artysty, co daje mi pewność, że  nie zalicza się on do grona gitarzystów śpiewających  z konieczności. Kolejny numer "Scars" rozpoczyna funkowa patia gitary w bardzo hendrixowskim stylu. Faktem jest, że gitarzystom obracającym się w kręgu blues-rocka bardzo ciężko jest dziś uwolnić się od skojarzeń czy to ze wspomnianym już Hendrixem czy też Steve Ray Vaughanem. Lecz Sayce niejednokrotnie udowadnia także, że potrafi zagrać po swojemu.  Wie jak wykręcić ciekawe brzmienia  i w  interesujący sposób  użyć gitarowych efektów.  Jednak generalnie nazwał by go gitarowym konserwatystom, który wierny jest swojemu "straciakowi" i kilku sprawdzonym gitarowym kostkom. 

Jako się rzekło Philip Sayce to gitarzysta który chętnie wędruje w stronę bluesa. Nie ma  tu może klasycznych ciągnących się w nieskończonych 12-taktowych  "blusów", lecz charakterystyczna dla tego gatunku rytmika obecna jest w wielu kompozycjach, Najbardziej słyszalna jest zaś w   "Bitter monday" oraz zamykającym album "Little miss America" z genialną partią organów  Hamonda. Sayce zadbał także o kompozycje, które mają potencjał przebojowy. Pierwsza z nich to "Anymore" z prostą lecz chwytliwą partią fortepianu i wprost powalającym refrenem. Doskonała kompozycja zagrana z właściwym sobie wdziękiem i polotem. Następnym wyróżniający się utwór to  “My Pearl”. Podobne jak poprzednio założenie aranżacyjne i znów interesujące zestawienie fortepianu z  funkowym rytmem utworu. 

Na deser pozostawiam jednak moim zdaniem najbardziej udaną z kompozycji. W "Daydream Tonight" artysta meandruję pomiędzy rockiem i popem.  "Piosenkowa" konwencja, oraz liryczna melodyka jest doskonałym dopełnieniem tego albumu. Philip Sayce pokazuje, że swietnie odnajduje się w wielu gatunkach zarówno jako gitarzysta jak i wokalista. W dodatku w każdym z nich wypada wiarygodnie. To z pewnością kolejny z moich gitarowych faworytów, którego płytę chętnie postawię na półce obok  albumów Jonnego Langa czy Joe Bonamassy. 
Ocena: 10/10

Płyta tygodnia -Natanael "Tak ma być"

Po zwycięstwie w prestiżowym konkursie Vena Music Fetival zespół Natanael stanął przed wielką szansą, lecz także oczekiwania stawiana przez środowisko muzyczne były nieprzeciętnie wysokie. Muzycy nie poddali się jednak ciążącej na nich presji, i wydali płytę z muzyką jaka jest im najbliższa, bez ukłonów w żadną ze stron i bez zbędnego ukierunkowania się na jakąkolwiek modę. Zaś swoją muzykę skwitowali tylko jednym krótkim, lecz wiele mówiącym zdaniem “Tam ma być”. 

Pierwsze dźwięki kompozycji otwierającej płytę zaciekawiają i sprawiają, że chcemy więcej. “Moja muzyka to mój styl” tymi słowami lider grupy Konrad Włodarz wita się ze słuchaczem i trudno się z nim nie zgodzić, bo Natanael to zdecydowanie wyróżniająca się na polskim rynku grupa, której indywidualnego stylu odmówić nie można. Idąc dalej tym tropem Natanael to niemal niekończące się źródło pomysłów. Stąd świetne i niesztampowe aranże. Mimo iż w dużej mierze oparte są o charakterystyczny puls muzyki z Jamajki to stanowi on jedynie punkt wyjścia i wokół niego zbudowane są wyrafinowane muzyczne opowieści. Poprzez takie podejście udało się uniknąć często obecnej w muzyce reggae nudy. 

Natanael także w warstwie tekstowej odchodzi od banału i serwuje kilka naprawdę zgrabnych tekstów jak np. “Wino- nie na temat”czy “Ciebieczekanie” gdzie autor bawi się słowami: “Długominutne, wiecznoochwilne, ciebieczekanie”. To co bardzo imponuje mi w większości kompozycji to muzyczna powściągliwość. Chęć stworzenia dobrej kompozycji wygrała z potrzebą indywidualnego popisywania się. W efekcie każdy z muzyków gra najwłaściwsze dla danej kompozycji dźwięki, choć niejednokrotnie udowadniając także, że ich umiejętności wcale tu się nie kończą. Przykłady takie odnajdziemy bez kłopotu w kompozycji “Do ciebie mówić” z genialną pulsującą sekcją rytmiczną, która w codzie utworu przechodzi w transową rytmikę lub w około rockowym “Wojna na niby” ze świetną gitarową solówką. 

Natanael zmienia maski wraz z każdym utworem. Po raz kolejny zaskakuje mnie w kompozycji “Dreaming”, który przywodzi na myśl dokonania grupy Ojos de Brujo. Fantastyczna latynoska pulsacja i partia instrumentów klawiszowych rodem z karaibów potrafi ożywić nawet najbardziej odpornych na jakiekolwiek taneczne rytmy. Zespół świetnie odnajduje się także w bardziej lirycznych i nastrojowych kompozycjach gdzie stanowi jedynie tło dla obu wokalistów. Swoją drogą mi bardziej przypadła do gustu Anna Ruttar, która właśnie w takich kompozycjach jak wspomniane już “Ciebieczekanie” czy “Czereśnie” ukazuje cały swój czar i umiejętności wokalne. 

Płyta “Tak ma być” z każdą kompozycją wciąga coraz bardziej. Po wielokrotnym jej przesłuchaniu śmiało mogę stwierdzić, że każda z kompozycji jest tu obecna nie bez przyczyny. Zespół stworzył dwanaście udanych piosenek i każda z nich zasługuję na uwagę słuchacza, gdyż te piękne opowieści, wleje w nas niekończące się pokłady pozytywnych wibracji, od których naprawdę można się uzależnić o czym sam się przekonałem.
Ocena:9/10