trwa inicjalizacja, prosze czekac...kolczyki naszyjniki

Płyta tygodnia- Nikki Yanofsky "Nikki"

Nowy element na moim blogu,  czyli płyta tygodnia. Niech ten cotygodniowy cykl  rozpocznie pewna młoda dama...zaskakująco młoda jak na poziom muzyki, którą wykonuje. Nikki Yanofsky to 16-letnia kanadyjka, która zadebiutowała koncertowym albumem  prezentującym  almanach  światowej muzyki jazzowej.

Pierwszy kontakt z jej debiutanckim, studyjnym  albumem  sprawił, że odetchnąłem z  ulgą, gdyż obawiałem się kierunku jaki wybierze ta  nad wyraz zdolna artystka po entuzjastycznie przyjętym debiucie. Na całe szczęście nikt nie chciał z niej uczynić kolejnej sezonowej gwiazdki, lecz postanowiono dać jej pole do zaprezentowania całego wachlarza niecodziennych umiejętności.  To co naprawdę zaskakujące gdy spojrzy się na dziewczęcą jeszcze twarz Nikki to fakt, że  śpiewa ona najprawdziwszy jazz i to w dodatku z wykorzystaniem niesłychanie trudnej techniki scat. I robi to rewelacyjnie. Oprócz standardów znanych z wykonań m.in Elly Fitzgerald, znalazły się tu także kompozycje napisane przez duet Yanofsky/Harris. Zaś za produkcje albumu odpowiedzialni są  Phil Ramone i Jesse Harris zdobywcy prestiżowych nagród Grammy.  

Album  ten  jest trochę nazbyt eklektyczny i nie wyklarował jeszcze jednoznacznej stylistyki w której na dłużej mogła by  pozostać Nikki, lecz na pewno pozwolił jej ukazać  niesztampową muzyczną wrażliwość.  Przewija się tu zarówno klasyczny rythm&blues, swing  oraz  bigbandowe i orkiestrowe aranże,a elementem spajającym w całość wszystkie te muzyczne wątki jest naprawdę zjawiskowy głos  Nikki.  Czasem nadal trudno mi uwierzyć, że to właśnie ona wydobywa z siebie te wszystkie zawiłe wokalne frazy, niemożliwe do odtworzenia przez zwykłego śmiertelnika.
Ocena: 9/10

Epka promująca nowy album Nikki Yanofsky "Nikki"

Albumy koncertowe - część I

Spośród wielu płyt koncertowych jest kilka takich które na dobre zapadły mi w pamięć i zawsze gdy do nich wracam odkrywam magię tego wieczoru na nowo. Ułożenie ich jest zupełnie przypadkowe, gdyż nie umiałbym ocenić i porównać emocje jakie we mnie wywołują.  


Richard Bona w końcu uraczył nas płytą koncertową. Dawka energii zawarta na tym krążku jest wprost powalająca i " konia z rzędem" temu kto potrafiłby przejść obok takiej muzyki spokojnie, nie tupiąc sobie rytmicznie nogą czy wesoło pogwizdując. Ku mojej niesłychanej radości w końcu udało się uwiecznić to co w muzyce Bony cenie sobie najbardziej. Mianowicie niesłychaną dynamikę oraz radość z gry całego zespołu, czego często brakowało mi na studyjnych nagraniach artysty.


Kolejny z albumów, który sprawił, że moje serce zabiło szybciej to wydawnictwo Johna Mayera, zarejestrowane na żywo w Los Angeles. Tak wiem szalejące nastolatki ubóstwiające przystojniaka Johna to niezbyt dobra rekomendacja dla artysty, którego ceni się naprawdę wysoko. Ale gdy przepchniemy się już przez ten tłum, usłyszymy doskonałego instrumentalistę który nie daje chwili wytchnienia całym zastępom swoich stratocasterów, pełnego charyzmy, który pisze po prostu dobre rockowe numery. Czy potrzeba nam czegoś więcej?





John Mayer po raz drugi...czy to słabość do tego artysty czy po prostu jego niesłychany magnetyzm, który sprawa, że nie potrafię oderwać się od jego muzyki na dłuższą chwilę. Myślę, że i jedno i drugie odgrywa tutaj rolę. Jednak nie można odmówić mu niesłychanej swobody  z jakim wykonuje swoje utwory. Ich koncertowe wersje to jakby drugie życie jakie daje im Mayer. Pełne energii i cudownej  improwizacji na tle idealnie pracującej sekcji  Jordan-Palladino.






Koncertowa płyta gigantów elektrycznego jazzu. Jeśli ich albumy studyjne są wręcz doskonałe, to aż strach pomyśleć czego można spodziewać się po tym nagraniu. Perfekcjonizm, niepowtarzalny feeling i radość z wykonywania muzyki na żywo to znaki rozpoznawcze dla Spyro Gyra. Ten album jest tylko potwierdzeniem tej tezy.







Na deser zostawiam  koncertowy album wokalistki, która może równać się z największymi głosami światowego jazzu. „Aga Zarayan Live in Palladium” to album doskonały, ostateczny w każdej swojej frazie. Słowem,  jazz z najwyższej półki, pełen przestrzeni i cudownych harmonii, a co najważniejsze to nasz rodzimy produkt. 

"Muzyka to sposób reakcji na wszystko co nas otacza..."

Zapraszam do przeczytania wywiadu z zespołem Carrion, który przeprowadziłem dla serwisu internetowego Netfan.pl. Wywiad zatytułowany "Muzyka to sposób reakcji na wszystko co nas otacza..." znajdziecie na stronach serwisu lub bezpośrednio pod tym linkiem Wywiad Carrion





fot. MJM Music 

Mike Zito "Today"


Współczesny rynek muzyki bluesowej, od kilku lat przechodzi rewolucje. Co raz więcej pojawia się na nim młodych, zdolnych i pełnych świeżych pomysłów artystów, którzy często umiejętnościami oraz zapałem do pracy przewyższają nieco ospałych i wtórnych mistrzów gatunku. Na czele nowego pokolenia bluesmanów stoją aktualnie takie postaci jak Derek Trucks, Jonny Lang czy Joe Bonamassa. Te nazwiska już dziś zapisały się na dobre w historii bluesa. Jednak obok nich równie dobrze funkcjonują artyści, którzy zwykli grać rolę drugoplanowe.


Jednym z nich jest pochodzący z St. Louis Mike Zito. Album “Today” jest jego pierwszym pełnym wydawnictwem, zaś muzyka tu zawarta czerpie szeroko z klasycznego bluesa, soulu, a nawet funky. Nie jest to jednak album, który ma na celu wywołać u nas skrajny entuzjazm i zachwyt tym co słyszymy. Ma on jednak wiele cech, które z pewnością wprawią nas w pozytywny nastój.

Otwierający album rockowy numer "Love Like This"  to pierwszy z powodów, który każe mi wystawić tej płycie wysoką notę, jednak przy tym stawia poprzeczkę bardzo wysoko. Tej presji nie ulega jednak kolejny, nieco funkowy utwór “Superman”, który  pokazuje, że Zito dysponuje świetną barwą głosu, zaś frazę potrafi prowadzić bardzo lekko, jakby robił to trochę od niechcenia. Im dalej tym częściej artysta zachwyca swoim niesztampowym tembrem głosu. W kompozycji “Blinded” ukazuje nam swoje bardziej bluesowe zacięcie, by po chwili w przepięknym “Time To Go Home” pokazać, że równie dobrze potrafi poprowadzić liryczną melodię. Mike całkiem dobrze radzi sobie także w roli gitarzysty, wyznając zasadę im mniej tym lepiej, racząc nas częściej wysmakowanymi zagrywkami niż potężnymi riffami. Moje przekonanie co do nieprzeciętnych umiejętności gitarowych potwierdzają kolejne kompozycje, takie jak “Slow It Down” będąca powrotem do klasycznego bluesa oraz hendrixowsko brzmiący “Hollywod”.

Patrząc na płytę “Today” jako całość,  dochodzę do wniosku, że nie ma tu rewolucyjnych kompozycji czy wywołujących zachwyt gitarowych riffów. Jednak wszystko co prezentuje nam na swoim debiutanckim krążku Mike Zito jest utrzymane na wyjątkowo dobrym poziomie i właśnie to najbardziej mnie urzeka. To płyta nagrana z czystej przyjemności muzykowania, bez presji i bez kompleksów, z której bije wielka pozytywna energia, udzielająca się podczas każdego kolejnego przesłuchania.
Ocena: 8/10

Carrion-El meddah

Zespół Carrion na swoim drugim albumie realizuje bliższą mi wizję muzyki metalowej. Nie znajdziemy tu ciągnących się w nieskończoność ekwilibrystycznych popisów instrumentalnych, gdyż muzycy skupiają się na ogólnym brzmieniu swoich utworów, pozostawiając innym gitarowe wyścigi. Droga ta jest jednak znacznie bardziej wymagającą, gdyż myślenie o kompozycji jako o spójnej całości, jeszcze przed jej nagraniem, wymaga muzycznej dojrzałości, zaś podczas pracy w studio powstrzymania się przed skomplikowaną technicznie grą i zagraniem tylko tego co w danym przypadku jest niezbędne. W rezultacie tego znakiem rozpoznawczym zespołu Carrion stała się prosta, lecz potężnie brzmiąca sekcja rytmiczna, soczyste gitarowe riffy oraz tworzące bardzo interesujące brzmieniowo faktury instrumenty klawiszowe. Ponad wszystkim góruje charyzmatyczny głos wokalisty który tworzy wraz z całością doskonałe współbrzmienie. Świetnym przykładem takiej koncepcji gry zespołu są potężnie i patetycznie brzmiące kompozycje “Sołdat” z porywającym refrenem oraz “Dex”, gdzie ważnym elementem aranżacji są brzmienia wygenerowane elektronicznie.

To co zachwyca mnie jako miłośnika perfekcyjnie dopracowanych studyjnych albumów już od samego początku, to rewelacyjne brzmienie na europejskim poziomie. Zespół Carrion z pewnością nie powinien mieć kompleksów na tym tle. Każda z kompozycji została po pierwsze świetnie nagrana, zaś następnie zmiksowana czego rezultaty usłyszymy już nawet na niskiej klasy sprzęcie audio. “El Meddah” to jedna z tych płyt która swoim “drivem” zachęca do podkręcania poziomu głośności niemal przy każdym utworze. Przy kompozycjach takich jak “Jaki masz plan” czy tytułowy “El Meddah” ręka nie powinna zadrżeć chyba nikomu. Bardzo udanie prezentuje się singlowe “Nie bez wiary”, chociaż moim zdaniem nie do końca ukazuje prawdziwe oblicze tego albumu. Ogromne brawa za niecodzienny zabieg aranżacyjny, a mianowicie zestawienie instrumentów dętych drewnianych z mocnymi rockowymi gitarami. Artyści zaprosili do współpracy czołowego, polskiego oboistę Tytusa Wojnowicza, w wyniku czego powstał niesłychany stylistyczny mariaż, który brzmi nad wyraz świeżo.

Całość wypada naprawdę dobrze pod względem kompozycyjnym. Album jest zdecydowanie dłuższy od tradycyjnych kilkudziesięcio- minutowych krążków, poprzez co bliżej mu do idei koncept album. Spośród aż 16 utworów jest być może kilka, których obecność na płycie nie jest obowiązkowa, ale przy zdecydowanej większość naprawdę godnych uwagi kompozycji nie ma to znaczenia. To co także przykuło moją uwagę to niebanalne teksty, traktujące o współczesnym świecie, egzystencjalnych problemach i częstym zwątpieniu w sens naszego ziemskiego istnienia. Mimo, iż ciężko odnaleźć w nich choć odrobinę pozytywnego myślenia, to doskonale spełniają swoją rolę, wyrażając bunt artystów przeciw zastanej rzeczywistości.


“El Meddah” to dobry album, który broni się nie tylko udanymi kompozycjami czy wymuskanym studyjnym brzmieniem. Jego główną zaletą jest przede wszystkim własny charakter, który wyróżnia go spośród niezliczonej ilości płyt, które można skwitować krótkim, lecz wszystko mówiącym stwierdzeniem “Już to chyba słyszałem” .
Ocena:8/10

Jonny Lang Live At The Ryman


Jonny Lang  to artysta, który równie dobrze prezentuje się na krążkach studyjnych jak i koncertowych. Co więcej jego nie kończąca się młodzieńcza energia i niesłychana radość z gry pcha go wciąż  na scenę, ku uciesze rzeszy fanów jaką zdążył już sobie zjednać.
Zarejestrowane na albumie kompozycje to zbiór tych najbardziej udanych z dotychczasowych pięciu  solowych albumów. Soczyste potężne brzmienie gitar,  niczym nie skrępowana  rockowa sekcja rytmiczna  i rasowe, bluesowe zaśpiewy Langa sprawiają, że poziomem ekspresji tego koncertu można by obdzielić zastępy bezpłciowych artystów. 
Na set liście nie zabrakło takich utworów jak  wprost porywający "Bump in the road" brzmiący jeszcze doskonalej niż wersja płytowa , " Give me up Again",  który udowadnia tylko, jaki potencjał koncertowy ma większość kompozycji Langa oraz przebojowa piosenka  “Red Light” podczas to której artyści improwizują na tle znanych muzycznych tematów. Album "Live At The Ryman" to jedna z najlepszych płyt koncertowych jakie od wielu lat miałem okazję wysłuchać. 
Ocena 9/10

Poluzjanci "Druga płyta"


Otoczka jaka towarzyszy grupie Poluzjanci, od lat była dla mnie zastanawiająca. Być może to efekt rzadkiej możliwości wysłuchania artystów na żywo, lub też nagromadzenie wybitnych polskich muzyków na czele z charyzmatycznym wokalistą, a może po prostu ciągnące się oczekiwanie na drugą płytę formacji.

Pierwsze zetknięcie się  z "Drugą płytą" podtrzymało  we mnie tę myśl, że jednak warto było czekać dziesięć  lat na takie piosenki jak "Karmel" czy "Prosta Historia". Genialne kompozycje w rasowych aranżacjach i do tego ciepły tembr głosu wokalisty sprawia, że początek albumu godny jest najwyższych ocen. Jednak piękna chwila nie trwa długo. Artyści złamali główną zasadę autoprezentacji  przedstawiając wszystkie swoje atuty w pierwszych czterech utworach. Słowem im dalej w głąb płyty tym więcej piosenek zupełnie  niczym mnie nie ujmujących. Jakby pulsujący, funkowy rytm i ciepłe brzmienie Fender Rhodes było sprawdzoną receptą na sukces. Mam wrażenie, że grupa Poluzjanci  po 10 latach milczenia z rewelacyjnie zapowiadającego się zespołu zamieniła się w fabrykę piosenek, z której niestety nie zawsze wychodzą w pełni udane produkty.  Przykładem tego jest z pewnością utwór "Tralala 300" który nie dość, że zaśpiewany w zupełnie nie zrozumiałym dla mnie  języku to ciągnie się w nieskończoność i z każdą chwilą irytuje coraz bardziej. Być może rutyna rewelacyjnych muzyków sesyjnych sprawiła, że zabrakło im emocji na, aż 16 kompozycji. Podupadającą na finishu kondycje zespołu poprawiają jeszcze rockowo brzmiąca kompozycja "Po co ci to" oraz “bujające”, taneczne "Znikło miasto".

Reasumując, płyta ta wypadła by zdecydowanie lepiej gdyby wybrać z niej wyżej wymienione, naprawdę godne uwagi kompozycje. Niestety przesyt perfekcyjnie wykonanych lecz nie zawsze potrzebnych dźwięków sprawił, że większa cześć albumu zlewa się w jedno i trudno z niego zapamiętać więcej niż 4 utwory.  
Ocena 7/10