trwa inicjalizacja, prosze czekac...kolczyki naszyjniki

Melanie Fiona w klubie Eter

Deszczowy, późno jesienny wieczór we Wrocławiu nie odstraszył łowców pozytywnych dźwięków, którzy licznie wypełnili wrocławski klub Eter. Sam powód był bowiem nie byle jaki. Oto do Wrocławia zawitała kanadyjska wokalistka Melanie Fiona, która ostatnimi czasy wdarła się na szczyty polskich list przebojów z utworem „Monday Morning”. Jednak to tylko wstęp do jej imponującego artystycznego CV. Artystka ma już na koncie nominację do nagrody Grammy, a także wspólne koncerty z Kanyem Westem oraz Alicią Keys. Taka rekomendacja tylko wyostrzyła mój apetyt na wyborne muzykowanie tegoż wieczoru.

Chwilę po godzinie 20 na scenie pojawili się artyści, jednak jeszcze bez gwiazdy wieczoru. Pierwsze dźwięki zagrane przez muzyków nie pozostawiły wątpliwości czego należy spodziewać się tego wieczoru. Po chwili oczekiwania na scenie pojawiła się i sama Melani w nienagannym stroju i jak domniemam w doskonałym humorze. Koncert rozpoczęła kompozycją „Ay Yo”, która od razu rozruszała wrocławską publiczność. Niedługo artystka kazała nam czekać na największy ze swoich hitów. Z numerem trzecim na set liście znajdował się bowiem „Monday Morning”. Rewelacyjne, energetyczne wykonie nie pozostawiło już żadnych wątpliwości, że artyści prezentują światowy poziom i wszystko co jeszcze miało wydarzyć się na tej scenie, warte jest największych pochwał. Kolejne kompozycje wywoływały na twarzach Wrocławian jeszcze większy uśmiech i zadowolenie. Wspaniała atmosfera, z każdym dźwiękiem stawała się jeszcze bardziej gorąca.

Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie także fakt, że tak naprawdę wspomniane juz „Monday Morning” oraz „Ay Yo”, które w świadomości większości funkcjonowały jako największe przeboje artystki, okazały się jedynie ukoronowaniem, całego doskonałego repertuaru. Podczas wrocławskiego występu artystka płynnie wędrowała pomiędzy rozmaitymi stylistykami. Nie zabrakło więc klasycznego rythm and bluesowego grania, w stylu wokalnych zespołów lat 60, jak również współczesnych brzmień R'n'B. Bywało także bardzo ”wakacyjnie” gdy Fiona serwowała nam cudownie snujące się reggae, w rytm którego publiczność kołysała się, jak wprawiona w trans. Artystka niejednokrotnie potrafiła także zaatakować drapieżnymi, rockowymi wersjami swoich hitów taki jak „Give it to Me right”, ale i genialnie wykonanym coverem utworu „Ironic” Alanis Morissette.

To co wywołało u mnie do teraz niesłabnący zachwyt, to świetne aranżacje kompozycji, dobrze znanych nam z płyty „The Bridge”. Muzycy potraktowali płytowe wersję piosenek jako punkt wyjścia do tego co wydarzyło się na scenie. Ogromna swoboda w ich genialnym muzykowania, a zarazem niesamowita perfekcja i dyscyplina. Wszystko to sprawiło, że momentami czułem, iż obcuje z idealną muzyczną machiną, która wciąga w swoje „pulsujące” tryby, raz za razem,  kolejnego słuchacza. Nie dziwi więc fakt, iż każdy z utworów oklaskiwany był niemal w nie skończoność, a i „jęków” zachwytu wśród publiczności nie brakowało.

Słów kilka o wykonawczej stronie występu. Cieszy fakt, że od kilku lat Polska stała się równoprawnym krajem na artystycznej mapie Europy i czasy tzw. „cięcia kosztów” mamy już za sobą. Stąd też obecność na scenie 7 osobowego kolektywu, który niejednokrotnie dał o sobie znać. Jeśli miałbym typować moich faworytów, to z pewnością byliby to muzycy stanowiący sekcję rytmiczną. Jeśli istnieje planeta muzyków idealnych, to ci dwaj panowie z pewnością stamtąd pochodzą. Genialne poczucie rytmu i doskonała współpraca sprawiła, że całe ciało aż drżało, przy każdym uderzeniu werbla, zaś niezliczone synkopy wzbudzały zachwyt, nie tylko wśród znawców muzycznego rzemiosła. Niestety, artystka nie przedstawiła członków zespołu, dlatego też nie jestem w stanie wymienić ich z imienia i nazwiska. Oczywiście i sama Melanie czarowała swoim cudownym, „ciemnym” głosem, niejednokrotnie imponując karkołomnymi frazami. Wielka swoboda w poruszaniu się po szerokiej skali głosu i doskonała wokalna kondycja, to mogło się podobać.

Melanie Fiona okazał się być artystką pełną pozytywnej energii i już po pierwszych utworach nawiązała świetny koncert w publicznością. Wzajemna sympatia trwała przez cały występ, po którym Melanie wywołana została na bis. To do prawdy jeden najlepszych koncertów szeroko pojętej „muzyki rozrywkowej”, jaki miałem przyjemność wysłuchać. Cieszy fakt, że Melanie mimo jednego nagranego albumu, mocno promowanego w mediach absolutnie nie pasuje do miana „sezonowej gwiazdki”. To pełnoprawna artystka, która z dużym impetem wkroczyła na muzyczny rynek i z pewnością narobi tu niezłego bałaganu.



Rozmowa z Tamarą Raven

Rozmowa z wokalistką jazzową Tamarą Raven, o debiutanckiej płycie: „A few of my favorite”, bliskiej sercu muzyce oraz o tym, jak widziana jest Polska oczami artystki. Wywiad został przeprowadzony specjalnie dla portalu Wywrota.pl; płyta artystki objęta jest patronatem medialnym Wywroty.pl. Link do wywiadu TR

Wywiad z zespołem Sorry Boys


Zapraszam do przeczytania wywiadu z zespołem Sorry Boys, który przeprowadziłem dla serwisu internetowego NetFan.pl. Wywiad  znajdziecie na stronach serwisu lub bezpośrednio pod tym linkiem SB












fot. Kuba Dąbrowski

Wywiad z zespołem AromaHue

Zapraszam do przeczytania wywiadu z zespołem AromaHue, który przeprowadziłem dla serwisu internetowego NetFan.pl. Wywiad  znajdziecie na stronach serwisu lub bezpośrednio pod tym linkiem AH










fot. www.aromahue.com

Karolina Tuz- "Pola lawendowe"

„Pola lawendowe” to debiutancki album Karoliny Tuz, absolwentki Wrocławskiej Akademii Muzycznej w klasie fortepianu. Nie mamy tu jednak do czynienia z typem artystki wielbiącej ponad wszystko dzieła klasyków, dlatego też wyszła ona znacznie poza stylistykę w której obracała się przez większość swojego życia. Co więcej to nie fortepianowe pasaże są tutaj tematem mojej rozprawy, gdyż pani Karolina, oprócz wspomnianego już talentu, obdarzona jest bardzo ciepłą i subtelną barwą głosu i rzecz jasna nieodpartym urokiem osobistym. I to właśnie jej wokalne poczynania są siłą napędową tegoż wydawnictwa.

Recenzowany album przynosi wiele interesujących muzycznych nastrojów. Artystka potrafi zaczarować leniwie snującą się balladą („Kwadra”), gdzie urzeka aksamitem swego głosu, jednak równie przekonywujący wypada śpiewając lekkie tematy, kluczące wokół tzw. ambitnego popu. Kompozycja „Podejdź bliżej” z gościnnym udziałem świetnego gitarzysty Artura Lesickiego, to dokonały przykład tego miłego dla ucha, lecz niebanalnego muzykowania. Słowem, „Pola lawendowe” to artystyczna uczta złożona z wartościowych dźwięków, ułożonych w rozmaitych stylistycznych konstelacjach.

Karolina Tuz to artystka poszukująca , która mam wrażenie od lat uważnie śledzi wszystko to co dzieje się na polskim jak i zagranicznym rynku muzycznym. Dobry artysta to nie tylko poprawny wykonawca, lecz także uważny słuchacz. W wielu kompozycjach pobrzmiewa echo twórczości takich artystów jak Anna Maria Jopek czy Norah Jones, które stanowią inspirację dla pani Karoliny o czym zresztą sama niejednokrotnie mówiła. Wpływ tej drugiej z wymienionych słychać najbardziej w kompozycji „Pieśń nad pieśniami”, powolnym „knajpianym” bluesie w nieparzystym metrum, który uroczo pieści uszy słuchacza. 

Album wypada również bardzo przekonywująco od strony wykonawczej. Grono zaproszonych do studia muzyków adekwatnie do stylistyki wykonało swoje partie instrumentalne. Na szczególną uwagę zasługuje wspomniany już Artur Lesicki, który podgrzewa atmosferę albumu zawsze gdy jego gitarowe frazy pojawiają się gdzieś na horyzoncie. Jednak to co najbardziej przykuwa moją uwagę, to partie wokalne artystki. Bardzo pewnie i lekko wyśpiewane przez nią główne tematy niejednokrotnie doprawione są ciekawymi wielogłosowymi harmoniami oraz oszczędnymi lecz wartościowymi wokalizami. Recenzowany album to także zbiór pięknych i wartościowych tekstów, które szczerze i prawdziwie wybrzmiewają w interpretacji artystki. W swych poszukiwaniach wokalistka sięga nie tylko po dokonania współczesnych twórców. Równie chętnie śpiewa teksty poetyckie oraz biblijne, co doskonale przenika się z charakterem muzyki.

„Pola lawendowe” to album, którego najlepiej wysłuchać niespiesznie. Piosenka po piosence, delektując się każdym dźwiękiem i słowem. To propozycja dla tych którzy chcą poświęcić muzyce odrobinę swojego czasu, zapominając o tym jak szybko on gna.


Ocena: 7/10


Recenzja napisana dla portalu Wywrota.pl

Wywiad z zespołem Pectus

Zapraszam do przeczytania wywiadu z zespołem Pectus, który przeprowadziłem dla serwisu internetowego NetFan.pl. Wywiad  znajdziecie na stronach serwisu lub bezpośrednio pod tym linkiem Pectus







fot. QL Music

Wywiad z zespołem Farba

Zapraszam do przeczytania wywiadu z zespołem Farba, który przeprowadziłem dla serwisu internetowego NetFan.pl. Wywiad  znajdziecie na stronach serwisu lub bezpośrednio pod tym linkiem Farba







fot. mjmmusic.pl

Japoto- "Japoto"

Formacja Japoto niesie ze sobą powiew świeżości, lecz jej członkowie obecni są na polskiej scenie muzycznej już od wielu lat. Tym razem jednak, postanowili wykorzystać swoje dotychczasowe doświadczenia oraz staż w szeregach takich zespołów jak Hey, Abradab czy Pogodno i stworzyli interesujący, autorski albumu stojący na pograniczu wielu stylistyk.

Artyści witają się ze słuchaczami promującą album kompozycją „When”. Intro utworu zaciekawia zestawieniem beatboxu z granymi jakby od niechcenia gitarowymi akordami. Jednak nie dajmy się zwieść pozorom, bo zespół zaskoczy nas jeszcze niejednokrotnie. Po raz pierwszy już po chwili, gdy utwór opanowuje funkowy rytm i zmienia się nie do poznania. Na tle zapętlonego motywu, wiruje cała masa wygenerowanych przy pomocy syntetyzatorów odlotowych dźwięków. Świetnie wypada również zabawa z nakładaniem się partii wokalu co dowodzi, że wszystkie elementy są tu doskonale dopracowane. Wprawne ucho słuchacza powinno wychwycić także głos damski, należący do Natalii Przybysz, tym razem na gościnnych występach.

Nie czekałem długo aby znaleźć mojego faworyta na recenzowanym albumie. Druga z kompozycji „It's time”, urzeka od samego początku. Mnóstwo interesujących gitarowych partii i świetny groove sprawiają, że nie mogę powstrzymać się od wybijania rytmu razem z perkusistą, na znajdujących się w pobliżu meblach i innych domowych urządzeniach. Trzeba zaznaczyć,że silną stroną zespołu są pomysłowe i nowatorskie gitarowe zagrywki. Obu gitarzystów serwuje nam całą paletę rozmaitych brzmień i rozwiązań harmonicznych. Mam wrażenie, że ich pomysłowością można by obdarować całe zastępy młodych adeptów gitary, cierpiących na brak własnego stylu. Po wycieczkach w stronę funky w dwóch pierwszych kompozycjach przychodzi pora na odrobinę wyciszenia. Balladowy numer „Splendid evening” pokazuje nam drugie obliczę formacji. Ta intrygująca brzmieniowo kompozycja, ma w sobie jakiś kuszący element niepokoju, który każe postawić kolejny krok ku ciemności. Miarowy, powolny rytm i dźwiękowe plamy wprawiają słuchacza w hipnozę w której chciałoby się pozostać 

Nie długo jednak pławimy się w delikatnych brzmieniach. Z błogiego półsnu wyrywa kompozycja „Something”, kolejny z moich faworytów. Drum'n' bassowy czad i obłędne, zawiłe frazy wyśpiewywane przez Krzysztofa Zalewskiego to esencja tej kompozycji. Ostinatowy motyw basu porywa do transowych, rytmicznych ruchów całego ciała. „Lookin" zwraca moją uwagę nietuzinkowym, porwanym rytmem. Po raz kolejny urzeka mnogość świetnych gitarowych partii z opętaną solówką zagraną przy użyciu gitarowego efektu whammy na czele. Dość szybko okazuje się, że w ciągu tych zaledwie kilku minut kilkukrotnie wykrzyknę głośne wow, jako dowód uznania dla poczynań muzyków. Niespodziewane zwroty akcji są tu na porządku dziennym, jednak numerem jeden pozostaje Krzysztof Zalewski eksperymentujący z barwą swojego głosu na wszelkie możliwe sposoby. Ten zdolny wokalista, zaklęty w niebycie po zwycięstwie w telewizyjnym show, odnalazł właściwą ścieżkę, którą dzielnie podąża ku sukcesowi. 

To co urzeka mnie w tym albumie to skomplikowane formalnie i aranżacyjnie utwory, które meandrują pomiędzy rozmaitymi, często bardzo odległymi od siebie stylistykami. Wszystko to jednak wciąż ma sens, a muzycy ani na chwilę nie gubią wątku i doskonale radzą sobie z muzyczną materią. Album zamykają dwie udane kompozycję. Kluczący w bluesowych okolicach utwór „Me” oraz „Euforia”. Stanowią one idealne muzyczne CV grupy Japoto. Opętańcze, zapętlające się gitarowe riffy, połamane rytmy i szalone partie wokalu, to znaki firmowe tej unikatowej formacji. 

Japoto to z pewnością projekt dokładnie przemyślany o jasno postawionych muzycznych celach. Nie konwencjonalna forma dołączonej do albumu książeczki oraz charakterystyczne logo zespołu świadczą o tym, że muzycy przykładają wagę do każdego szczegółu, a to z kolei przekłada się na jakoś oferowanej nam muzyki. To z pewnością jeden z najlepszych debiutów jakie miałem przyjemność wysłuchać.  

Ocena 8/10


Recenzja napisana dla portalu Wywrota.pl

Japoto w Firleju- relacja z koncertu

Informacja o koncercie formacji Japoto dotarła do mnie około południa, w dniu tegoż wydarzenia. Natłok codziennych obowiązków oraz niedogodny termin, mógł oznaczyć po prostu tyle, że mimo najszczerszych chęci nie uda mi się dotrzeć do klubu Firlej, w którym miał odbyć się koncert. Zycie potrafi być jednak zaskakujące i kilka minut po godzinie 20 stanąłem pod sceną na której muzycy zespołu Japoto właśnie rozpoczynali swój występ.


Jeszcze zanim rozpiszę się na temat wyjątkowych wydarzeń, których byłem świadkiem przyznam się otwarcie, że moja wiedza na temat formacji Japoto była znikoma. Nazwiska kilku członków zespołu, kołatały mi się gdzieś po głowie i na tym koniec. Ale właśnie ta niewiedza oraz element zaskoczenie sprawiły, że jeszcze długo po koncercie tej niesztampowej grupy, odtwarzałem ich płytę starając się wrócić myślami do tego udanego wieczoru, który wywarł na mnie spore wrażenie.


Zespół rozpoczął bardzo dynamicznie, zaś energia bijąca ze sceny udzieliła się skromnej lecz oddanej publiczności, która bardzo entuzjastycznie reagowała na poczynania muzyków. Nie miałem zamiaru wyróżniać się z tłumu i podobnie jak inni rytmicznie podrygiwałem, co nie było wcale takie trudne, bo Japoto z każdym kolejnym utworem bynajmniej nie zwalniało tempa. Zespół raz za razem serwował publiczności niesłychanie dynamiczne kompozycje. Skomplikowane formalnie i aranżacyjnie utwory, meandrowały pomiędzy rozmaitymi, często bardzo odległymi od siebie stylistykami. Obłędne gitarowe riffy przeplatały się z drum'n' bassowym czadem oraz funkową pulsacją. Wszystkie te elementy nie pozwalały nawet na chwilę oderwać uwagi od tego co działo się na scenie. To co zwróciło moją uwagę to niecodzienny skład zespołu. Na scenie brak było bowiem basisty. Jednak partie basu grane byłe naprzemiennie przez obu gitarzystów, którzy korzystali z rozlicznych gitarowych efektów, stąpając po nich niemal co chwile. W rezultacie czego ten niecodzienny eksperyment brzmiał nad wyraz dobrze. Grupa Japoto podczas swojego wrocławskiego występu, zaprezentowała publiczności muzykę pełna przestrzeni, doprawioną fascynującymi gitarowymi brzmieniami. Muzykę momentami bardzo hipnotyczną i obłąkana, innym zaś razem genialnie pulsującą, wprawiającą w trans. Zespół potrafił zagrać bardzo ostro i surowo, ale także stworzyć niesamowity klimat pełen dźwiękowych plamy, które wypełniały całą przestrzeń dookoła. 


Przez mniej więcej pół koncertu moje wszystkie myśli skierowane były w stronę głównego wokalisty zespołu, który od czasu do czasu obsługiwał także instrumenty klawiszowe, wydobywając dzięki ich pomocy przedziwne dźwięki. Uporczywa myśl nie dawała mi spokoju. Skąd znam tego człowieka, który tak obłędnie śpiewa, bo faktem jest to że wywarł na mnie ogromne wrażenie. Genialna iście rockowa barwa głosu, niesłychana charyzma i sceniczna swoboda sprawiła, że dla mnie to On był bohaterem tego wieczoru. Kiedy byłem już bliski pomieszania zmysłów, przyszło wybawienie. Gitarzysta zespołu Damian Pielka, przedstawił jego członków. Krzysztof Zalewski, takie oto imię i nazwisko padło z jego ust. Oklaski publiczności, chwila namysłu i nagle ogromne zdziwienie. Przecież ten gość wygrał przed laty popularny program telewizyjny „Idol”, po czym wydał płytę i słuch o nim zaginął. Kiedy teraz po koncercie słucham nagrań zespołu Japoto cieszę się, że ten niesłychanie zdolny artysta w końcu dotarł do właściwego punktu w swoim życiu i robi muzykę którą czuje całym sobą, co bardzo ekspresyjnie wyrażał na scenie. 


Warto wspomnieć o tym, iż opisane powyżej wydarzenie ściśle związane było z wydaniem przez grupę debiutanckiego albumu zatytułowanego „Japoto”, który właśnie pojawił się na rynku, nakładem wrocławskiego wydawnictwa Luna. Możliwość wysłuchania premierowego materiału na żywo, daje mi możliwość polecenia tego debiutu z czystym sumieniem, fanom wielu gatunków, gdyż każdy odnajdzie w tej muzyce coś zupełnie innego.

Relacja dla serwisu Wywrota.pl

Tamara Raven „A few of my favorite”



Tamara Raven to artystka o wschodnich korzeniach, pochodząca z miejscowości Suchumi położonej nad wybrzeżem Morza Czarnego. Mimo młodego wieku lista jej dotychczasowych osiągnięć jest imponująca. Ukończyła prestiżowe, moskiewskie konserwatorium w klasie skrzypiec, oraz Rosyjską Akademię Sztuki Teatralnej. Następnie rozpoczęła pracę jako śpiewaczka operowa oraz koncertowała w wielu zakątkach świata między innymi z orkiestrą Jazz Band Sochi. Mimo klasycznego wykształcenia jej największą miłością wciąż pozostawała muzyka jazzowa. W końcu wraz z udziałem świetnych polskich jazzmanów zdecydowała się zrealizować projekt zatytułowany „A few of my favorite” na którym przedstawiła swoje, unikatowe interpretacje dobrze znanych wszystkich entuzjastom jazzu standardów tegoż gatunku.

W dobie popularność tak zwanych songbooków i setek płyt zawierających wciąż ten sam repertuar propozycja taka mogła by przejść zupełnie bez echa. Jednak w przypadku Tamary rzecz ma się zupełnie inaczej i chyba wręcz niemożliwe jest to, aby oprzeć się urokowi tej damy i nie sięgnąć po ten album. Artystka oprócz rewelacyjnego warsztatu wokalnego oraz niesztampowej barwy głosu posiada niesłychany magnetyzm oraz charyzmę. Tembr jej głosu przywodzi mi na myśl takie ikony jazzowej wokalistyki jak Billy Holiday czy Sarah Vaughan, jednak mimo tych skojarzeń Tamara jest po prostu autentyczna w każdym swojej frazie i jest artystką w pełnym tego słowa znaczeniu.

A few of my favorite” to jeden z tych albumów z słuchania którego można czerpać niekończącą się przyjemność i wciąż odkrywać go na nowo. Jednak to nadal nie wszystkie atuty tego wydawnictwa. Grzechem było by nie wspomnieć o towarzyszącym artystce zespole, którego obecność daje się niejednokrotnie usłyszeć. Genialny akompaniament, ale także godne największych pochwał partie solowe każdego z muzyków są tu na porządku dziennym. Nie ma tu jednak mowy o efekciarstwie i nazbyt ekspansywnej wirtuozerii. Wszystkie elementy tej muzycznej układanki idealnie do siebie pasują i tworzą integralną całość, którą najlepiej wysłuchać od początku do końca. Zaś najbardziej wyróżniającymi muzykami wydają się być saksofonista Mariusz Kozłowski oraz pianista Piotr Sawicki.

Album „A few of my favorite” kryje w sobie także kilka niespodzianek. Pośród klasycznych tematów takich jak „Moon River” czy „That old Devil Called Love” , artystka przemyciła kompozycję znacznie wykraczających poza ramy muzyki jazzowej. Jakież było me zdziwienie gdy śledząc listę utworów znalazłem na niej kompozycję Venus grupy The Shocinkg Blue spopularyzowaną na przełomie lat 80 i 90. Jeszcze większym zaskoczeniem niż sam utwór okazało się jego wykonania. Rewelacyjny ujazzowiony aranż brzmi niesłychanie świeżo i zjawiskowo. Świetne solo saksofonu i wprost obłędna wokaliza Tamary rzuci na kolana każdego słuchacza, nawet nie obcującego na co dzień z tego typu dźwiękami. W bardziej poważnych kompozycjach Tamara jawi się nam jako artystka świadoma swojego głosu. Mam wrażenie jakby aptekarską miarą ważyła każdą wyśpiewywaną frazę. Co słychać w „Round Midnight”, kompozycji Theloniusa Monka czy innym klasyku „My one and only love”. Jednak liryczne usposobienie to jedynie jedna z jej artystycznych twarzy. Kolejną ukazuje nam już po chwili w niesłychanie dynamicznym i brawurowym wykonaniu kompozycji Richarda Rodgersa „My favorite things”, co tylko upewnia mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z wokalistką, która właśnie rozpoczyna artystyczną drogę pełną sukcesów.  Wieńcząca utwór „szaleńcza” wokaliza to jakby ostrzeżenie dla wszystkich ewentualnych niedowiarków, którzy jeszcze jakimś dziwnym trafem nie ulegli jej czarowi.

Album zamyka jeden z najdoskonalszych standardów polskiej muzyki. „Jej portret”, kompozycja Włodzimierza Nahornego to cudowny leniwie snujący się z głośników jazz walc. Stonowany akompaniament pozwala zasłuchać się w to jak wspaniale temat ten zinterpretowała artystka. Jej wyborne wokalne frazy z operową ornamentyką wieńczą ten świetny album. A chciało by się wciąż więcej i więcej.

To co każe mi wystawić tej płycie pozytywną ocenę to fakt, iż album ten pozbawiony jest jakichkolwiek kompleksów, co jest częstym zdarzeniem w przypadku debiutu. Tamara ma jasno sprecyzowane artystyczne cele, a co więcej ma dokładnie wyznaczoną drogę do tego aby je osiągnąć. Oby kolejnym krokiem była autorska płyta artystki na którą już dziś czekam z niecierpliwością.

Ocena: 8/10
Recenzja napisana dla serwisu Wywrota.pl

Dziewczyny- "Dziewczyny z sąsiedztwa"

Polska to kraj  nieprzeciętnie zdolnych muzyków oraz  świetnych kompozytorów, a zarazem kraj najbardziej płytkiej i banalnej muzyki popularnej. Na palcach jednej ręki wyliczyć można ambitne projekty, które przebiły się do mediów i trafiły do szerszego grona odbiorców. 

Zespół Dziewczyny to  projekt, któremu nie brak wspomnianych  ambicji, ale jest to zarazem propozycja rozrywkowa  w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Po pierwszym przesłuchaniu  interesującym wydaje się fakt, że owa grupa  gra zupełnie akustycznie, a w dodatku korzysta z  obcych dla uszu polskiego słuchacza instrumentów tak jak np. banjo. To co również może wydać się niecodziennym, jest skład zespołu. Ich znakiem rozpoznawczym są dwie wokalistki, tytułowe dziewczyny, rzecz jasna. Wszystkie kompozycje   zaśpiewane są przez obie panie, które świetnie się uzupełniają  tworząc  efektowne  wokalne harmonie. 

Album "Dziewczyny z sąsiedztwa" to o zbiór 11 dobrze napisanych melodii, które urzekają swoją lekkością i energią.  Stylistycznie zespół oscyluje w   kręgu retro popu, lecz odnajdziemy tu także nawiązania do takich gatunków jak  bluegrass, dixie czy  ska. Album praktycznie cały czas trzyma słuchacza w napięciu, a momentami potrafi zaskoczyć i wywołać na twarzy szeroki uśmiech. Pośród wszystkich zarejestrowanych utworów na szczególną uwagę zasługują te wymienione poniżej, którymi "dziewczyny" udowadniają swoją unikatowość. 

Kompozycję  "Wybacz chłopcze"  rozpoczyna prosta wokaliza, która już po chwili bez problemu podchwyci każdy słuchacz. Groovowe granie w zwrotkach świetnie kontrastuje z "rockowym" na tyle na ile to możliwe w akustycznym składzie refrenem. Genialnie i zadziornie zagrany i zaśpiewany utwór, który rozkręca się z  każdym kolejnym taktem, by w końcu eksplodować z ogromną siłą.  Jednak to tak naprawdę dopiero początek miłych niespodzianek od "dziewczyn z sąsiedztwa". Przepiękna ballada "Nigdy" to cudowny mariaż aksamitnie brzmiących  partii wokalnych z delikatnie kołyszącym pulsem bossa novy. Wszystko to podane zostało tak lekko i delikatnie, że w powietrzu aż czuć obecność wielkiego Atonio Carlosa Jobima.  Zaś delikatnie szemrzący w tle bez progowy bas pieści uszy słuchacza cudownymi, leniwie przeciąganymi dwudźwiękami. 

Dwie dobre kompozycje na albumie to średnia większości polskich albumów, jednak nasze dziewczyny nawet przez chwile nie myślą o zwolnieniu tempa. Już po chwili serwują nam chyba najciekawszy z utworów na albumie. Kompozycja "A gdyby tak" to dowód na to, że cztery minuty to naprawdę wystarczająca ilość czasu, aby zmieścić w nich świetną melodię, dobry aranż oraz niebanalny  tekst. W kwestii tekstów warto wspomnieć o tym, że mimo iż większość z nich nawiązuje głównie do relacji damsko-męskich to nie czyni tego w sposób boleśnie bezpośredni  do czego zdążyło już przyzwyczaić nas spore grono polskich artystów. Na albumie znalazły się także dwa utwory z którymi Dziewczyny brały udział w opolskim konkursie premier oraz eliminacjach do Eurowizji 2010 (Chimera oraz Cashbox). 

Z pewnością recenzowany tu album nie zrewolucjonizuje polskiego przemysłu muzycznego oraz nie uleczy skażonych komercją przez mass media gustów większości odbiorców. Jednak dziewczyny z naszego sąsiedztwa pokazały, że nagranie świetnej płyty  nie jest zależne  od dobrego studia czy kontraktu z topową wytwórnią, lecz to raczej chęć oderwania się na chwilę od banału i zrobienie czegoś w zgodzie z samym sobą. 

Ocena: 9/10




Wywiad z zespołem Half Light

Zapraszam do przeczytania wywiadu z zespołem Half Light, który przeprowadziłem dla serwisu internetowego NetFan.pl. Wywiad  znajdziecie na stronach serwisu lub bezpośrednio pod tym linkiem Wywiad HL










fot. mjmmusic.pl

Sarah Jane Morris "Where It Hurts"


Wiele jest barw i odcieni muzyki. Setki gatunków i tysiące instrumentów na których można je wykonać. To wszytko daje ogrom możliwości, od małych jazzowych składów, aż  po rozbuchane orkiestry symfoniczne. 
Muzyka jest piękna w każdym ze strojów jaki przybiera, jednak czasem najszlachetniej zabrzmi odziana jedynie w skromne "akustyczne" szaty. Wydany w ubiegłym roku album "Where It Hurts" już od pierwszego przesłuchania rzucił na mnie nieodwracalny urok i to właśnie za sprawą cudownego niczym nie skrępowanego, akustycznego grania.

"W prostocie siła" to hasło znane każdemu, jednak nie wielu artystów decyduje się na kameralny, akustyczny  skład,  w którym muzyka brzmi nad wyraz szczerze i prawdziwie. Być może czasem brak im odwagi lub po prostu dobrych kompozycji, które obronią się pod każdą postacią. W przypadku recenzowanego albumu dobrych pomysłów nie brak. Jest wręcz przeciwnie, każdy zarejestrowany tu utwór jest wart uwagi słuchacza od pierwszych do ostatnich taktów.

Otwierająca płytę kompozycja "A world to win" wita nas cudownym brzmieniem akustycznych i klasycznych gitar. Sarah nigdy nie szła na kompromisy werbując muzyków, którzy towarzyszyli jej na autorskich albumach. Tym razem do składu dołączyło dwóch wybitnych gitarzystów.  Tony Remy na gitarze akustycznej i sam Dominic Miller ze swoim szlachetnym brzmieniem gitary klasycznej. Obecność tego drugiego zostawiła olbrzymi ślad na tym albumie. Miller spisał się doskonale nie tylko jako instrumentalista, lecz także jako współautor większości kompozycji. "You now her" to kolejna przyjemnie relaksująca ballada z akustycznymi gitarami na pierwszym planie i delikatnie kołyszącym rytmem.  Kompozycja urzeka piękną i prostą melodią oraz wtórującą artystce  sekcją smyczków.

Sarah potrafi świetnie zróżnicować swój wokal czym udowadnia, że nadal jest w doskonałej formie. Raz śpiewa bardzo energetycznie, a po chwili  tak delikatnie jakby chciała wyszeptać słuchaczowi do ucha słowa utworu. Tę energie w jej głosie odnajdujemy w kolejnej kompozycji "Promised Land". Na tle  genialnie akompaniującego  zespołu  Morris śpiewa  gniewnym wokalem, dodatkowo nagrywając samodzielnie w studiu świetne chórki towarzyszące jej w refrenie. Sarah jest autorką wszystkich partii wokalnych na albumie, co w czasach sesyjnych wokalistów, którzy "w biegu" nagrywają chórki na setkach płyt jest wielkim atutem artystki.  "Under the Star" to kolejny z moich faworytów. Kołysząca  akustyczna sekcja i po raz kolejny nieoceniony Miller, mistrz drugiego planu. 

Do tej pory delikatnie  akompaniujący wokalistce zespół zaczyna pokazywać"pazur" w utworze "Good night God bless". Funkowy groove grany przez sekcje w składzie Henry Thomas - akustyczna gitara basowa  oraz Martyn Barker perkusja,  zadziorne gitarowe zagrywki i obłąkane solo saksofonu wprowadzają atmosferę rasowego jamu, nic więc dziwnego, że odtwarzam sobie ten utwór w nieskończoność. 
Peanów na cześć zespołu nie będzie końca, gdyż gra każdego z muzyków czyni ten album unikalnym. Przez kilkadziesiąt minut jego  trwania ujrzymy  wiele twarzy tego bliskiego ideału kolektywu. Od  subtelnego i dyskretnego akompaniamentu,  poprzez  hipnotyczny knajpiany rytm w kompozycji "Betrayal", aż po jazzowo-funkowe inklinacji we wspomnianym już  "Good night...". 

Gdy sięgnąłem po tę płytę  kilka miesięcy temu, wówczas jeszcze nie odważyłem się na taki osąd, ale dziś jestem pewien, że to najlepszy z albumów brytyjskiej wokalistki Sarah Janne Morris. 

Ocena 10/10

Wywiad z zespołem Neuronia

Zapraszam do przeczytania wywiadu z zespołem Neuronia, który przeprowadziłem dla serwisu internetowego NetFan.pl. Wywiad  znajdziecie na stronach serwisu lub bezpośrednio pod tym linkiem Wywiad Neuronia.











fot. myspace.com/neuronia

Płyta tygodnia The Bad Plus- "Never Stop"

Niewielu jest artystów na współczesnej scenie jazzowej, którzy od lat kroczą wybraną przez siebie drogą bez cienia komercji. The Bad Plus to grupa która idealnie odpowiada powyższemu rysopisowi. na najnowszym albumie prezentują dziesięć, tym razem autorskich kompozycji udowadniając, że nadal nie znudziła się im wędrówka na przełaj i wciąż  potrafią dać niezłego energetycznego kopniaka. 

Tytułowa kompozycja "Never Stop" wchodzi w krew i uzależnia jak narkotyk. Ten prosty formalnie i harmonicznie utwór  brzmi tak, że naprawdę mógłby się nigdy nie kończyć. Oszczędna gra całego tria udowadnia, że panowie czerpią wielką przyjemność z muzyki i w zasadzie bawią się dźwiękami. Utwór "Never Stop" okazał się być przystawką przed daniem głównym, a w menu czekała dawka solidnego jazzu, zaserwowanego przez niezawodne  trio Iverson, Anderson, King. W kompozycji "You are" na pierwszy plan wysuwa się pianista Ethan Iverson racząc nas cudownymi harmoniami oraz motywami  granymi w dole unisono z kontrabasem. Tak na marginesie to właśnie kontrabasista Reid Anderson jest autorem tej kompozycji. Wszystko to jest jednak tylko wstępem do  niesłychanie patetycznej cody utworu, która  zagrana adlibitum niesie ze sobą tak olbrzymi  ładunek emocji, że z każdym kolejnym dźwiękiem oczekuje eksplozji, zaś zakończenie okazuje się być zaskoczeniem... 

Wartą uwagi kompozycją jest z pewnością "People like you". Ospała i nostalgiczna  ballada  z każdym dźwiękiem hipnotyzuje coraz bardziej jak egzotyczna trucizna. Oszczędna gra każdego z muzyków  po raz kolejny udowadnia, że muzyka najbardziej kocha powściągliwość i szanowanie każdego z dźwięków. Fantastyczne synkopy oraz genialny raz kroczący,  raz galopujący  groove, nad którym górują opętane improwizowane partie fortepianu to esencja kolejnej kompozycji  "Beryl Love to dance". Geniusz pianisty Ethana Iversona jest tu wyraźny jak na dłoni. W jednej chwili potrafi niemal zupełnie zmienić swój styl gry. Począwszy od wspomnianych już szaleńczych improwizacji, aż po poszarpane zawiłe tematy.  Wypady w stronę free jazzowego grania to chyba to, co trio The Bad Plus uwielbia najbardziej czego jasnym sygnałem jest właśnie ta kompozycja. 

Krzywdzącym było by nie wspomnieć w tej recenzji o perkusiście Davidzie Kingu, stanowiącym wraz z kontrabasistą Reidem Andersonem solidny fundament każdej kompozycji. pozostawiając na uboczu techniczne aspekty jego gry, którym należy się co najmniej kilkustronicowy artykuł w fachowym czasopiśmie, ja wspomnę tylko o jego nie słychanej "muzycznej czujności" i wyrafinowaniu, czego życzyłbym niejednemu perkusiście o zapędach w stronę cyrkowych, arcytrudnych technicznie sztuczek.

Świetnym zakończeniem albumu jest utwór "Super America", który zostawia słuchacza w bardzo pozytywnym nastroju, a jednocześnie zachęca do odtworzenia płyty po raz kolejny. Rhytm and bluesowa rytmika i chwytliwy temat sprawia, że utwór ten staje się miłym drobiazgiem, a zarazem świetnym, lecz nieco mylącym epilogiem dla tego albumu. 

Ocena 9/10

Carlos Santana- Guitar Heaven

To jedna z tych płyt na którą oczekiwałem z wielkim zaciekawieniem, a zarazem mieszanymi uczuciami. Sama formuła w jakiej został nagrany album to tzw. "pójście na łatwiznę".  Carlos Santana zdążył już nas jednak do tego przyzwyczaić, gdyż jego poprzednie albumu również były pewnego rodzaju kompilacjami piosenek z gościnnym udziałem topowych artystów, które zazwyczaj nie tworzyły spójnego albumu.

Najnowszy  album Carlosa Santany również "dźwigają" zaproszenie goście.  Spośród całej plejady gwiazd moim zdaniem najlepiej zaprezentowali się przedstawiciele młodszego pokolenia czyli  bluesman Jonny Lang  ("I Ain't Superstitious") oraz raper Nas ("Back In Black"). Wielkie nazwiska tym razem okazały się tylko dobrym zabiegiem  marketingowym, gdyż zarówno  Joe Cocker, jaki i Chris Cornell dalecy byli od osiągnięcia szczytu swoich umiejętności. Set lista najnowszego albumu Santany rzeczywiście prezentuje utwory, które powinny znaleźć się w tytułowym gitarowym niebie, jednak po kilkukrotnym przesłuchaniu to wszystko wydaje się tak oczywiste, że jakoś nie chce się do tego wracać. Bo z pełnym szacunkiem dla utworów tj. "Smoke On The Water" czy  "Little Wing",  Santana mógł wykazać chociaż odrobinę więcej chęci i sięgnąć po mniej ograne standardy muzyki rockowej.
 
Album "Guitar Heaven"  to najwyższej jakości produkt o perfekcyjnym brzmieniu, doskonale nagrany i zrealizowany, jednak nie zachwyca mnie niczym świeżym. Santana zrezygnował tutaj ze swojego charakterystycznego gitarowego soundu przez co czasem mam wrażenie, że słucham zupełnie innego gitarzysty grającego rockowe covery. Uważam, że  zdecydowanie lepiej sprawdza się on  ze swoim gitarowym stylem bycia w około latynoskiej stylistyce i zupełnie nie rozumie obranej przez niego drogi. Słuchając tej płyty  nasuwa się pytanie dokąd zmierza Santana i czy nie przekroczył już tej płynnej granicy kiedy z artysty przerodził się w hochsztaplera, który nie zależnie od jakości oferowanej muzyki chce zarobić na niej krocie. 
Ocena: 5/10 

Philip Sayce "Innerevolution"

Współczesny rynek muzyki blues-rockowej  to obecnie największe zagłębie utalentowanych artystów. Jednym z nich jest nieznany mi dotychczas brytyjski gitarzysta Philip Sayce. Pierwsze przesłuchanie jego trzeciego już solowego albumu dało mi do zrozumienia, że nasza znajomość to nie tylko jednorazowe spotkanie. Założenia albumu "Innerevolution" są bardzo jasne i klarowne. To kawał dobrego grania prosto od serca, bez zbędnych udziwnień. Artysta pozostawia innym studyjne  zabiegi służące maksymalnemu wypieszczeniu każdego dźwięku, a w zamian za to serwuje nam gitarowe sprzężenia, analogowe przestery i fuzzy oraz olbrzymią dawkę energii. Sayce postawił  na rockowe trio i jedynie w kilku utworach  pozwala sobie na lekkie ubarwienie swoich kompozycji poprzez poszerzenie  instrumentarium, w myśl zasady czasem mniej dźwięków ma większą wartość niż przeładowane aranże.

Album otwiera surowo brzmiący utwór "Changes". Już od samego początku gitarowy power i mocna sekcja sprawia, że  serce bije mocniej. Do tego zaskakujący dobry  wokal artysty, co daje mi pewność, że  nie zalicza się on do grona gitarzystów śpiewających  z konieczności. Kolejny numer "Scars" rozpoczyna funkowa patia gitary w bardzo hendrixowskim stylu. Faktem jest, że gitarzystom obracającym się w kręgu blues-rocka bardzo ciężko jest dziś uwolnić się od skojarzeń czy to ze wspomnianym już Hendrixem czy też Steve Ray Vaughanem. Lecz Sayce niejednokrotnie udowadnia także, że potrafi zagrać po swojemu.  Wie jak wykręcić ciekawe brzmienia  i w  interesujący sposób  użyć gitarowych efektów.  Jednak generalnie nazwał by go gitarowym konserwatystom, który wierny jest swojemu "straciakowi" i kilku sprawdzonym gitarowym kostkom. 

Jako się rzekło Philip Sayce to gitarzysta który chętnie wędruje w stronę bluesa. Nie ma  tu może klasycznych ciągnących się w nieskończonych 12-taktowych  "blusów", lecz charakterystyczna dla tego gatunku rytmika obecna jest w wielu kompozycjach, Najbardziej słyszalna jest zaś w   "Bitter monday" oraz zamykającym album "Little miss America" z genialną partią organów  Hamonda. Sayce zadbał także o kompozycje, które mają potencjał przebojowy. Pierwsza z nich to "Anymore" z prostą lecz chwytliwą partią fortepianu i wprost powalającym refrenem. Doskonała kompozycja zagrana z właściwym sobie wdziękiem i polotem. Następnym wyróżniający się utwór to  “My Pearl”. Podobne jak poprzednio założenie aranżacyjne i znów interesujące zestawienie fortepianu z  funkowym rytmem utworu. 

Na deser pozostawiam jednak moim zdaniem najbardziej udaną z kompozycji. W "Daydream Tonight" artysta meandruję pomiędzy rockiem i popem.  "Piosenkowa" konwencja, oraz liryczna melodyka jest doskonałym dopełnieniem tego albumu. Philip Sayce pokazuje, że swietnie odnajduje się w wielu gatunkach zarówno jako gitarzysta jak i wokalista. W dodatku w każdym z nich wypada wiarygodnie. To z pewnością kolejny z moich gitarowych faworytów, którego płytę chętnie postawię na półce obok  albumów Jonnego Langa czy Joe Bonamassy. 
Ocena: 10/10

"Chcę być aktorem wszechstronnym"

Zapraszam do przeczytania wywiadu z Arturem Gotzem, który przeprowadziłem dla serwisu internetowego NetFan.pl. Wywiad zatytułowany "Chcę być aktorem wszechstronnym"  znajdziecie na stronach serwisu lub bezpośrednio pod tym linkiem Wywiad AG

Granie zrodziło się z pasji słuchania...

Zapraszam do przeczytania wywiadu z debiutującym na polskiej scenie zespołem Chilitoy, który przeprowadziłem dla serwisu internetowego NetFan.pl. Wywiad zatytułowany "Granie zrodziło się z pasji słuchania..."  znajdziecie na stronach serwisu lub bezpośrednio pod tym linkiem Wywiad Chilitoy







fot. chilitoy.pl

Na afrykańskim szlaku- Lionel Louke


Afrykański kontynent to bezkresny ocean talentów. W jednej chwili  wymienić można  kilkunastu artystów o afrykańskim pochodzeniu, którzy robią oszałamiającą karierę w całej Europie oraz Stanach Zjednoczonych. Dla potwierdzenia moich słów ta oto "wyliczanka": Richard Bona, Etienne Mbappe, Lura, Daby Toure, Tcheka i wielu innych. To artyści, którzy ściągają tłumy na swoje koncerty, także te w naszym kraju, który  umówmy się daleki jest od afrykańskiego klimatu.
 
Zazwyczaj kariera afrykańskich muzyków przebiega podobnie. Ze swojego rodzimego kontynentu udają się do Europy. Tu najczęściej osiedlają się  we Francji lub Portugalii, gdzie  zaczynają odnosić pierwsze poważne sukcesy. Wówczas zauważają ich inni artyści z ugruntowaną już pozycją i biorą pod swoją opiekę.  Taki scenariusz miał miejsce chociażby w przypadku Richarda Bony, który zanim zaczął odnosić sukcesy solowe grywał u boku Joe Zawinula, Pata Metheny'ego, a także z grupą Steps Ahead. Podobną drogę przeszedł bohater tego tekstu. Lionel Louke. Urodzony w Beninie, czyli niewielkim państewku nad Zatoką Gwinejską Lionel  w swojej dotychczasowej karierze współpracował już z największymi postaciami światowego jazzu. Pojawiał się na jednej scenie u boku Terencea Blancharda, Charliego Hadena, by ostatecznie stać się członkiem zespołu  Herbiego Hancocka.

Oprócz powyższych dokonań Louke ma już na koncie sześć solowych albumów oraz  jest członkiem grupy Gilfema z którą nagrał dotychczas dwie płyty. Jego charakterystyczną gitarę możemy usłyszeć także na najnowszym krążku Herbiego Hancocka "The Imagine Project". Lionel Louke to artysta wyjątkowy, zarówno jako wokalista jak i gitarzysta. Posługując się nie typowymi technikami sprawia, że  od razu zostaje zapamiętany.  Jego niesztampowość doceniają  także  krytycy jazzowi, bowiem  od kilku już lat zajmuje czołowe pozycje w notowaniach prestiżowego magazynu Downbeat w kategorii “Najlepszy gitarzysta jazzowy”

Zapraszam do wysłuchania poniższego występu artysty, który zapewne oczaruje każdego komu bliskie są dźwięki Afryki.


Na czerwonym świetle...

Cóż interesującego można robić stojąc w korku na czerwonym świetle. Z pewnością wiele osób wynalazło by mnóstwo odpowiedzi na to pytanie.Począwszy od poprawy makijażu aż po... no właśnie. Oto moja propozycja. Należy włączyć opisywany tu  utwór i odkręcić potencjometr głośności zdecydowanie w prawą stronę nie zważając na nic i na nikogo. No może tylko na przepisy ruchu drogowego.  

Jonny Lang to artysta z którym zetknąłem się już jakiś czas temu. Od razu między nami "zaiskrzyło",  a potem wszystko potoczyło się jak zawsze. Z fazy zauroczenia jego muzyką przeszedłem w dojrzały z nią związek. To jeden z tych artystów za którym podążam niemal krok w krok, polując na każdy nawet najdrobniejszy gościnny występ. Zaś solowe płyty Jonnego traktuje jako te bliskie mojemu wyobrażeniu ideału. Kompozycja "Red Light" to tak naprawdę prosta ballada, którą jak przypuszczam Lang skomponował w  przeciągu kilku chwil. Sztampowa  harmonia i popularny  w muzyce popowej rytm, nie odbierają jej jednak uroku, bowiem sztuką jest napisać nieskomplikowany,  lecz godny uwagi utwór. Zatem  nie pozostaje nic innego jak ruszyć w miasto i na pierwszym napotkanym czerwonym świetle sprawdzić powyższą instrukcję. Gwarantuje, że zadziała.

 

Living Colour we Wrocławiu- relacja z koncertu

Wrocławski koncert grupy Living Colour to jeden z dwóch, które artyści zaplanowali w Polsce w ramach trwającej właśnie trasy koncertowej promującej wydany w zeszłym roku album “The Chair in the Doorway”. Jeszcze przed otwarciem bram klubu wśród powiększającej się z chwili na chwilę grupy fanów dało wyczuć się wielkie emocje. Zachwyty nad muzyką zespołu oraz wspomnienia z poprzednich “polskich” koncertów były głównym tematem zasłyszanych przeze mnie rozmów. Z pewnością nikt z oczekujących nie znalazł się tu przypadkowo.



W okolicach godziny 20 bramy klubu zostały otwarte, a tłum w jednej niemal chwili dość szczelnie wypełnił jego wnętrze. Niestety wszyscy obecni zostali wystawieni na wielką próbę oczekiwania, co nieco zburzyło tę wspaniałą atmosferę. Zaplanowany na godzinę 20 koncert rozpoczął się z półtoragodzinnym opóźnieniem. Być może to zaostrzyło apetyty fanów, jednak sądząc po reakcjach większości, raczej zszargało im nerwy. Te wydarzenia tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że organizacja i logistyka takich przedsięwzięć jest w naszym kraju jak chodzenie w ciemności. Zupełny bałagan i zero informacji dla oczekujących, którzy przecież wydali niemałą kwotę na bilet.

Na całe szczęście w okolicach godziny 21.30 artyści pojawili się na scenie rozładowując nieco już nerwową atmosferę. Stojąc blisko sceny już po kilku utworach uświadomiłem sobie, że poziom decybeli jest bliski temu jaki emituje startujący odrzutowiec, więc dla własnego komfortu i większej klarowności brzmienia przesunąłem się nieco na tyły klubu. Kiedy w końcu mogłem zidentyfikować docierające do mnie dźwięki poczułem wielką radość z mojej obecności na koncercie tej legendarnej grupy. Living Colour to doskonała marka, której nikomu nie trzeba szerzej przedstawiać, a już na pewno szalejącym pod sceną fanom zespołu, którzy chłonęli każdy dźwięk zagrany przez muzyków. Repertuar który artyści przedstawili podczas wrocławskiego koncertu był bardzo eklektyczny. Pierwsza cześć koncertu zdecydowanie oscylująca wokół ostrego, riffowego grania rozpaliła niewielką klubową scenę do czerwoności. Dalej zaś muzycy pokazali to, za co ja osobiści cenię ich najbardziej, czyli funkowy zadzior i puls. Sekcja rytmiczna Doug Wimbish i Will Calhoun grała tak, jakby chcieli skruszyć otaczające ich ściany, zaś “obłąkany” Vernon Reid szalał na gitarze wykorzystując dziesiątki efektów i tworząc niespotykane dotąd brzmienia. Cóż to było za smakowite granie, a przy tym wszystkim niesłychanie klarowne i dalekie od bezsensownego “łojenia”.

Wśród kilkunastu zagranych utworów, nie zabrakło kompozycji z ostatniego album grupy “The Chair in the Doorway” m.in. wspaniały “Behind The Sun” ze świetną partią gitarową Reida jak i starszych utworów odśpiewanych wspólnie z publicznością jak np. “Elvis is dead”, a także coverów samego Presleya w bardzo oryginalnej wersji. Osobną część koncertu stanowiły popisy solowe każdego z muzyków. Było więc miejsce na wprost porażające solówki Vernona Reida, który z pewnością wygrałby gitarowy bieg na sto metrów. Z kolei perkusista Will Calhoun uraczył fanów audiowizualnym show, który podczas swojego popisu wykorzystywał nie tylko akustyczny, ale i elektroniczny zestaw perkusyjny grając karkołomne przebiegi na tle pulsującego, wygenerowanego wcześniej na oczach publiczności rytmu. Jednak widzom chyba najbardziej przypadł do gustu Doug Wimbish, który okazał się być bardzo otwarty dla wrocławskiej publiki, gdyż przechadzał się pod sceną wymachując przed nosami fanów swoim basem, między czasie grając chyba najlepsze basowe solo w historii rocka.

Tej muzycznej uczcie nie było końca, zaś występ grupy zakończył się w godzinach późno wieczornych. Fakt, że muzycy potrafili porazić swoją niesłychaną techniką gry na instrumentach nie powinien jednak nikogo zaskoczyć, bo ich dzisiejsza wysoko pozycja w muzycznym światku nie wzięła się znikąd. Piękne przy tym wszystkim jest to, że ich obecność na scenie nie ma nic wspólnego z coraz częściej spotykaną muzyczną rutyną. Muzyka Living Colour jest jak wulkan, którego erupcja ma miejsce podczas każdego z koncertów. Artyści zaserwowali wrocławskim fanom prawdziwą energetyczną bombę, o której każdy z obecnych długo nie zapomni i z pewnością wspomni podczas kolejnej wizyty zespołu w Polsce na którą już sam nie mogę się doczekać.

"Wszystko opiera się na wytrwałości i ogromnej chęci tworzenia"

Zapraszam do przeczytania wywiadu z zespołem Vena Valley, który przeprowadziłem dla serwisu internetowego NetFan.pl. Wywiad zatytułowany "Wszystko opiera się na wytrwałości i ogromnej chęci tworzenia"  znajdziecie na stronach serwisu lub bezpośrednio pod tym linkiem Wywiad VV








fot. venavalley.com

Płyta tygodnia -Natanael "Tak ma być"

Po zwycięstwie w prestiżowym konkursie Vena Music Fetival zespół Natanael stanął przed wielką szansą, lecz także oczekiwania stawiana przez środowisko muzyczne były nieprzeciętnie wysokie. Muzycy nie poddali się jednak ciążącej na nich presji, i wydali płytę z muzyką jaka jest im najbliższa, bez ukłonów w żadną ze stron i bez zbędnego ukierunkowania się na jakąkolwiek modę. Zaś swoją muzykę skwitowali tylko jednym krótkim, lecz wiele mówiącym zdaniem “Tam ma być”. 

Pierwsze dźwięki kompozycji otwierającej płytę zaciekawiają i sprawiają, że chcemy więcej. “Moja muzyka to mój styl” tymi słowami lider grupy Konrad Włodarz wita się ze słuchaczem i trudno się z nim nie zgodzić, bo Natanael to zdecydowanie wyróżniająca się na polskim rynku grupa, której indywidualnego stylu odmówić nie można. Idąc dalej tym tropem Natanael to niemal niekończące się źródło pomysłów. Stąd świetne i niesztampowe aranże. Mimo iż w dużej mierze oparte są o charakterystyczny puls muzyki z Jamajki to stanowi on jedynie punkt wyjścia i wokół niego zbudowane są wyrafinowane muzyczne opowieści. Poprzez takie podejście udało się uniknąć często obecnej w muzyce reggae nudy. 

Natanael także w warstwie tekstowej odchodzi od banału i serwuje kilka naprawdę zgrabnych tekstów jak np. “Wino- nie na temat”czy “Ciebieczekanie” gdzie autor bawi się słowami: “Długominutne, wiecznoochwilne, ciebieczekanie”. To co bardzo imponuje mi w większości kompozycji to muzyczna powściągliwość. Chęć stworzenia dobrej kompozycji wygrała z potrzebą indywidualnego popisywania się. W efekcie każdy z muzyków gra najwłaściwsze dla danej kompozycji dźwięki, choć niejednokrotnie udowadniając także, że ich umiejętności wcale tu się nie kończą. Przykłady takie odnajdziemy bez kłopotu w kompozycji “Do ciebie mówić” z genialną pulsującą sekcją rytmiczną, która w codzie utworu przechodzi w transową rytmikę lub w około rockowym “Wojna na niby” ze świetną gitarową solówką. 

Natanael zmienia maski wraz z każdym utworem. Po raz kolejny zaskakuje mnie w kompozycji “Dreaming”, który przywodzi na myśl dokonania grupy Ojos de Brujo. Fantastyczna latynoska pulsacja i partia instrumentów klawiszowych rodem z karaibów potrafi ożywić nawet najbardziej odpornych na jakiekolwiek taneczne rytmy. Zespół świetnie odnajduje się także w bardziej lirycznych i nastrojowych kompozycjach gdzie stanowi jedynie tło dla obu wokalistów. Swoją drogą mi bardziej przypadła do gustu Anna Ruttar, która właśnie w takich kompozycjach jak wspomniane już “Ciebieczekanie” czy “Czereśnie” ukazuje cały swój czar i umiejętności wokalne. 

Płyta “Tak ma być” z każdą kompozycją wciąga coraz bardziej. Po wielokrotnym jej przesłuchaniu śmiało mogę stwierdzić, że każda z kompozycji jest tu obecna nie bez przyczyny. Zespół stworzył dwanaście udanych piosenek i każda z nich zasługuję na uwagę słuchacza, gdyż te piękne opowieści, wleje w nas niekończące się pokłady pozytywnych wibracji, od których naprawdę można się uzależnić o czym sam się przekonałem.
Ocena:9/10 

 

Płyty 2010/ Pierwsze półrocze

Kilka dni temu uświadomiłem sobie, że właśnie mija pierwsze półrocze 2010 roku, a ja mam kompletny bałagan w głowie dotyczący  wydanych dotychczas albumów. Kilka nazwisk i tytułów , lecz niepołączonych w jakiś sensowny zestaw. Być może to przedwczesny alarm, ale dla własnego spokoju wewnętrznego postanowiłem  uporządkować wysłuchane dźwięki i stworzyć niezobowiązujące zestawienie interesujących płyt wydanych przez  minione sześć miesięcy.

Joe Bonamassa "Black Rock"

Okazuje się, że wartościowe nuty po raz kolejny wypłynęły spod rąk cenionych gitarzystów z wieloletnim stażem. Nagrana w Grecji płyta "Black Rock" Joe Bonamassy to prawdziwa "śródziemnomorska perła".  Nowa muzyka artysty momentami  przenosi nas myślami na greckie plaże, lecz nawet na chwile  nie pozostaje na drugim planie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Oprócz bardziej lirycznych kompozycji doprawionych  lokalnym kolorytem Bonamassa  przypomina, że nadal  potrafi powalić  mięsistym i riffowym graniem.  Ten wciąż młody gitarzysta już wiele lat temu uzyskał miano wirtuoza, a kolejnymi płytami udowadnia, że droga do panteonu gwiazd muzyki bluesowe jest już bliska końca.


Dominic Miller "November"

Wybitny muzyk sesyjny, oraz wieloletni współpracownik Stinga wydał kolejny album, który dla wielu mógł okazać się sporym zaskoczeniem. Mistrz nastroju i wyrafinowania dotychczas kojarzony głównie z brzmieniem gitary z nylonowymi strunami, postanowił pokazać swoje drugie oblicze. Tutaj potężne rockowe riffy mieszają się z fusion oraz new age, a wszystko to wykonane jest w perfekcyjny sposób za sprawą samego lidera jak i zaproszonych równie wielkich gości (m.in Mike King, Jason Rebello, Yaron Herman). Mimo zamiany stylu, Miller nadal w podobny sposób jak dotychczas pojmuje muzykę, a jak sam mówi zmienił jedynie narzędzie na którym ją wykonuje.


Scott McKeon "Trouble"

Kolejna świetna gitarowa płyta z okolica bluesa to "Trouble" Scotta McKeona. To doskonała rzecz dla wyznawców Hendrixa i Stevego Ray Vaughana, od których ten młody artysta czerpie pełnymi garściami. Nie ma w tym jednak nic złego, bo choć taki  styl gry dobrze jest  nam znany to kompozycje na tym albumie mogą być już zaskoczeniem. Scott wędruje pomiędzy riffowym graniem, liryczną ballada w stylu Johna Mayera  oraz brudnym psychodelicznym rockiem. Oto wyrasta kolejny doskonały gitarzysta oraz wokalista. Nie mylić ze śpiewającym gitarzystą!





Herbie Hancock "The Imagine Project"

Herbie Hancock i jego wyśniony projekt okazał się być bardzo odważnym przedsięwzięciem. Próba przearanżowania tzw. nietykalnych utworów jak np "Imagine" Lenona czy "Don't Give up" Petera Gabriela na jazz z elementami muzyki świata, okazała się jednak ciekawa i nierażąca dla słuchającego. Album ten lśni od ilości  gwiazd, które wzięły udział w jego nagraniu. To prawda, że muzyka łączy pokolenia, bo tu obok Wayna Shortera i Jeffa Becka odnajdziemy np. Pink oraz Seala. Bardzo podoba mi się taka  otwartość  Hancocka. To pewnego rodzaju symbioza, Hancock dzięki młodym artystom potrafi zabrzmieć bardzo współcześnie, a w zamian daje  najwyższą z możliwych rekomendacje.  Album ten podobnie jak nagrany w podobnej konwencji "wspólnego muzykowania" "Possibilites"  jest uwiecznieniem doskonałej atmosfery  i radości z wykonywania muzyki jaka panowała podczas pracy w studio. To płyta nagrana bez jakiejkolwiek presji, cudownie szczera i prawdziwa.


Nikki Yanofsky "Nikki"

Młoda dama światowego jazzu na debiutanckim albumie udowadnia, że świetnie odnajduje się nie tylko w jazzowych standardach, ale także w jazz popowej i soulowej  stylistyce.  Na tle dobrze dobranych  kompozycji prezentuje nam szczyty jazzowej wokalistyki oraz swoją  niesztampową muzyczną wrażliwość. To z pewnością jeden z najważniejszych debiutów tego roku.